Therion: Recenzja płyty „Beloved Antichrist”

0

9 lutego 2018 roku ukazało się dzieło, które w zamyśle miało stanowić opus magnum Christofera Johnssona, jednocześnie będąc nowym rozdziałem w historii Therion. Sama wizja ponad 3-godzinnego wydawnictwa, podzielonego w 3 aktach na 46 utworów, w którym fabułę zainspirowaną „Krótką powieścią o antychryście” Władimira Sołowjowa opowiada 27 postaci, może rozbudzić wyobraźnię niejednego fana szwedzkiej formacji. Doprawdy nie wiem, w jaki sposób Johnsson przekonał Nuclear Blast do zaakceptowania takiego kolosa, zważywszy na fakt, iż kilka lat temu ta sama wytwórnia odmówiła wydania płyty Therion „Le Fluers du Mal” zawierającej metalowe covery francuskich piosenek z lat ’60 i ’70 (być może właśnie sam odpowiedziałem sobie na tę zagwozdkę).

Słowa samego Maestro o tym, że „Beloved Antichrist” nie jest albumem, ale „musicalem”, który docelowo ma być wystawiany w teatrze, rodzą pytanie, czy nie okaże się to przerostem formy nad treścią. Limitowane wydanie „musicalu” jest w formie książeczki, w której oprócz tekstów utworów znajdują się również opisy postaci i scenerii, w jakiej akurat toczy się akcja. Ze względu na znaczną opasłość materiału postanowiłem przeanalizować każdy akt osobno.

AKT I – 17 utworów, 65 minut

Akt pierwszy otwiera ‘Turn from Heaven’. Do delikatnej ścieżki basu stopniowo dochodzą inne instrumenty i anielskie chóry, perkusja brzmi dość surowo, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, gitary mają o niebo lepszy przester niż w „Sitra Ahra” (ostatni autorski album studyjny wydany w 2010 roku), a wyraźnie podbity bas i elementy symfoniczne mogą wywołać ciarki na całym ciele. Aż chciałoby się, żeby trwał dłużej niż 3 minuty. Zaraz potem, w jeszcze krótszym ‘Where will you go?’, wita się z nami dobrze znany fanom Thomas Vikström (wcielający się w rolę Setha Tanosa, tytułowego Antychrysta), a podwójna stopa powoli zaczyna bujać słuchaczem.

Na razie jest bardzo dobrze, napięcie rośnie i można odnieść wrażenie, że za chwilę w kierunku słuchacza zostanie posłana jeszcze mocniejsza karta, tymczasem dostajemy… 5-minutową balladę operową ‘Through dust, through rain’. Pytanie nie brzmi „dlaczego”, ale „dlaczego tak wcześnie” postanowiono umieścić tę – swoją drogą – bardzo dobrą kompozycję na płycie. Dla dalszego rozwoju fabuły scenę, w której Helena (grana przez Lori Lewis, również wieloletnią wokalistkę zespołu) odbywa ostatnią rozmowę z leżącą na łożu śmierci matką trudno byłoby usytuowić kilka utworów dalej, ale nie zmienia to faktu, że sprawdziłaby się ona w połowie pierwszego aktu, a tak sprawia, że namiastka budującego się napięcia szybko ulatuje, co może skutkować tym, iż – w celu wcześniejszego usłyszenia szybszych ‘Signs are here’ i ‘Never again’ – będzie on przewijany.

Akt I oferuje zarówno dobre utwory (‘Garden of Peace’, ‘Bring Her Home’, ‚Our Destiny’), bardzo dobre (‘Hail, Caesar!’, ‚Anthem’), jak i takie, które chwilami przykuwają uwagę, ale w ostatecznym rozrachunku nie zostaje po nich w głowie wiele śladu (‘The Crowning of Splendour’, ‘Morning Has Broken’). I to jest ten problem,który przewija się w pierwszej odsłonie „Beloved Antichrist”. Są takie momenty, w których albo zamieniłbym kolejność utworów, albo wręcz 2-3 z nich wyrzucił (‘Jewels from Afar’, ‘What is wrong?’). Domyślam się, że wtedy cały aspekt fabularny jasny szlag by trafił, ale większość słuchaczy miałaby łatwiejszy odbiór płyty (mam nadzieję, że Christofer Johnsson tego nie czyta). Kończący pierwszy akt ‘Nothing but my Name’ to jeden z mocniejszych akcentów płyty, w którym Thomas Vikström daje solowy popis swoich umiejętności.

Większość kompozycji została tu utrzymana w średnim tempie i niewiele jest momentów, kiedy można szybciej przytupywać stopą. Elementy metalowego grania występują rzadziej, niż można by oczekiwać, przez co wymagana jest spora uwaga, ponieważ w przeciwnym razie umyka wiele elementów i zwyczajnie krążek może wydać się nudny. Jeżeli natomiast zaangażujemy się w opowiadaną historię (niemałą pomocą okazuje się książeczka, w której zaskakująco dobrze rozpisane są didaskalia), to o wiele rzadziej występuje uczucie znużenia.

OCENA: 6/10

 

AKT II – 15 utworów, 63 minuty

Drugą odsłonę „Beloved Antichrist” otwiera 5-minutowy, zróżnicowany pod względem budowy, ‘The Arrival of Apollonius’. Jeżeli miałbym poczuć, że jestem w teatrze i oglądam sztukę, to najłatwiej byłoby mi wyobrazić to sobie na początku drugiego aktu. Elementy operowe są świetnie połączone z ciężkim metalowym riffem i orkiestrą symfoniczną, co, miejmy nadzieję, okaże się zwiastunem lepszego aktu niż poprzedni. I przez kilkanaście kolejnych minut rzeczywiście nie jest źle. ‘Pledging Loyalty’ utrzymuje teatralny nastrój, absorbując uwagę słuchacza, ‘Night Reborn’ i ‘Temple of New Jerusalem’ stanowią ukłon w stronę fanów poprzednich płyt Therion, a w ‘Dagger of God’ za sekcję rytmiczną robią klawisze, co stanowi miłą odmianę.

I kiedy myślałem, że naprawdę może być dobrze, przychodzi z „ratunkiem” ‘The Lions Roar’. Utwór niemiłosiernie nudny, którego jedynie końcówka ma szansę zapaść pamięć. Następnie ‘Bringing the Gospel’ przez chwilę stara się utrzymać odbiorcę przy życiu dzięki ciekawemu riffowi i obecności potężnych chórów, ale chyba żaden utwór nie byłby w stanie przygotować słuchacza na ‘Laudate Dominum’. Jeśli przy ‘The Lions Roar’ pisałem, że jest to kawałek niemiłosiernie nudny, to muszę zmienić zdanie. Na tle ‘Laudate Dominum’ można przy nim rozkręcić circle pit i dwie ściany śmierci. ‘Behold Antichrist’ w zamyśle chyba miał być bardziej progresywny, ale w konsekwencji został strasznie udziwniony, przez co nawet dobra środkowa część utworu nie jest w stanie zatrzeć niesmaku wywołanego przez końcówkę.

Christofer Johnnson napisał odnośnie procesu tworzenia „musicalu”:

15 lat temu zacząłem pisać operę i utknąłem. Potrafię komponować chwytliwe partie, ale nie te „nudne”, służące do zapełnienia opery.

To zdanie jest kwintesencją połowy utworów drugiego aktu. Nudne zapychacze. Z motywów, które kilkanaście lat temu posłużyłyby Johnssonowi do wstawienia jako przejście, dające chwilę wytchnienia pomiędzy dwoma partiami wbijającymi słuchacza w fotel, teraz postanowił zrobić 3-, 4-, a nawet 5-minutowe kawałki, które najchętniej by się pominęło. Na pocieszenie mogę dodać, że końcówka odrobinę ratuje „twarz” drugiemu aktowi. ‘To Where I Weap’ zgrabnie się rozwija i nawiązuje do klimatu płyty „Vovin”, wydanej w 1998 roku (to już 20 lat minęło!), ‘Astral Sophia’ przez cały czas utrzymuje żywe tempo, ale – jak na złość – kończący krążek ‘Thy Will be Done!’ znowu jest potwornie nijaki, a monotonię próbuję przełamać, znowu, dziwaczna gitarowa wstawka. I tak źle, i tak niedobrze.

OCENA: 4,5/10

 

AKT III – 14 utworów, 55 minut

Wymęczony drugim aktem, potrzebowałem czasu, żeby zabrać się za przesłuchanie ostatniej odsłony „Beloved Antichrist”, która okazała się być… Przyzwoita. Już pierwszy ‘Shoot Them Down!’ swoim prostym i trochę monotonnym rock and rollowym riffem zwiastuje mile spędzoną ostatnią godzinę wydawnictwa. I rzeczywiście, na palcach jednej ręki mogłem policzyć chwile, kiedy kusiło mnie przewinięcie niektórych momentów.

Akt trzeci zawiera najwięcej elementów metalowych i w tym tkwi tajemnica jego przyzwoitości. Takie utwory jak ‘Beneath the Starry Skies’ czy fenomenalny ‘My Voyage Carries On’ przypominają o latach świetności Therion, w czasie których wydawali w krótkim odstępie czasu absolutne arcydzieła. ‘Day of Wrath’ i ‘Rise to War’ dają tak upragnioną dawkę agresji, jakże adekwatną w kontekście wielkiej wojny toczącej się w ostatnim akcie. Zresztą niemal każdy utwór tutaj może pochwalić się mocnym gitarowym riffem, a wyraźne spowolnienie tempa następuje dopiero pod koniec aktu (ale w tym przypadku daje chwilę wytchnienia, zamiast usypiać słuchacza) – ‘Seeds of Time’ i ‘To Shine Forever’ można wyobrazić sobie na deskach teatru, wykonane w duecie przez Thomasa Vikströma i Lori Lewis.

Dwa utwory, o które martwiłem się najbardziej w kontekście tego, że mogą wymęczyć słuchacza, okazały się kolejnymi mocnymi ogniwami trzeciego aktu. Chodzi mi o niemal 10-minutowy ‘Forgive Me’ i 8-minutowy ‘Burning the Place. Pierwszy z nich zbudowany jest z kilku scen, a każdej z nich towarzyszy inny motyw przewodni, dzięki czemu nie odczuwa się znużenia, a chwilami wręcz chciałoby się zawyć razem z Vikströmem: „I WILL SET YOU FREEEE!”. ‘‘Burning the Palace’ z kolei od początku narzuca szybkie tempo i zaskakująco długo je utrzymuje, jednocześnie żonglując elementami symfonicznymi, które w połączeniu z momentami świetnymi riffami i chórami, tworzą bardzo spójny monolit.

‘Theme of Antichrist’, ostatni na płycie, w sumie czterdziesty-szósty utwór, zachwyca potęgą chórów, ale tylko wtedy, jeżeli nie mamy przed oczami „teledysku”, którym postanowiono „urozmaicić” odbiór wielkiego finału. Jest to prawdopodobnie najgorsze music „video” kiedykolwiek zrealizowane przez Nuclear Blast. Pozostaje nadzieja, że jego jakość nie jest odzwierciedleniem tego, jak, być może, w przyszłości będzie wyglądała sztuka na podstawie albumu „Beloved Antichrist”.

OCENA: 7

I w ten sposób dochodzimy do końca przygody u boku Christofera Johnssona i spółki. Chwilami było ciężko (II akt), ale nie można zapominać o dobrych, a nawet bardzo dobrych kompozycjach, którymi uraczył nas Maestro. I właśnie, pytanie brzmi, czy nie lepiej byłoby wyrzucić kilka utworów pierwszego aktu i większość drugiego, żeby otrzymać bardziej skondensowane wydawnictwo, które bez tych wszystkich zapychaczy pozostawiłoby dużo lepsze ogólne wrażenie? Zapewne większość słuchaczy (w tym ja) nie miałaby nic przeciwko takiemu rozwiązaniu, ale nie można zapominać, że Christofer Johnnson już na początku zaznaczył, iż część materiału może nie zostać zrozumiana, jeśli nie będzie się miało przed oczami aktorów odgrywających ten „musiacal”. Natomiast samo czytanie książeczki z tekstami okazało się wciągającym dodatkiem do słuchania muzyki i trzeba przyznać, że fabułę poprowadzono zgrabnie, a warstwa liryczna nie została spłycona. Niewykluczone, że niektóre utwory miałyby lepszy wydźwięk w teatralnych warunkach, ale nie zmienia to faktu, że trudno uwzględniać w ocenie płyty aspekt, który na tę chwilę jest abstrakcją.

Czy był to przerost formy nad treścią? Odrobinę. Momentami „Beloved Antichrist” broni się muzycznie – tu słowo klucz: „momentami”. Tylko niektóre kompozycje (a to trochę mało jak na 46 łącznie) mogą konkurować z jakimkolwiek utworem z płyt z lat 1996-2007, kiedy to Therion przeżywał swoje najlepsze lata i kiedy zapisywał się złotymi zgłoskami w historii metalu symfonicznego. Trudno powiedzieć, jak z perspektywy czasu będzie postrzegany ten 3-płytowi gigant, ale nie można odmówić Johnssonowi wytrwałości i ambicji, bez których takie przedsięwzięcie nie wyszłoby nigdy poza granice marzeń. I pod tym względem możemy mówić w pewnym sensie o opus magnum, ale dla mnie muzyczne dzieła życia Christofera Johnssona zostały już wydane.

AKT I

  1. Turn for Heaven
  2. Where Will You Go?
  3. Through Dust Through Rain
  4. Sign Are Here
  5. Never Again
  6. Bring Her Home
  7. The Solid Black Beyond
  8. The Crowning of Splendour
  9. Morning Has Broken
  10. Garden of Peace
  11. Our Destiny
  12. Anthem
  13. The Palace Ball
  14. Jewels from Afar
  15. Hail Caesar
  16. What Is Wrong?
  17. Nothing But My Name

AKT II

  1. The Arrival of Apollonius
  2. Pledging Loyalty
  3. Night Reborn
  4. Dagger of God
  5. Temple of New Jerusalem
  6. The Lions Roar
  7. Bringing the Gospel
  8. Laudate Dominum
  9. Remaning Silent
  10. Behold Antichrist
  11. Cursed by the Fallen
  12. Réssurection
  13. To Where I Weep
  14. Astral Sophia
  15. Thy Will Be Done

AKT III

  1. Shoot Them Down
  2. Beneath the Starry Skies
  3. Forgive Me
  4. The Wasterland of My Heart
  5. Burning the Palace
  6. Prelude to War
  7. Day of Wrath
  8. Rise to War
  9. Time Has Come / Final Battle
  10. My Voyage Carries On
  11. Striking Darkness
  12. Seeds of Time
  13. To Shine Forever
  14. Theme of Antichrist

63%
63%
Highway to Hell

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Wokal - Thomas Vikstroem
    7
  • Wokal - Lori Lewis
    7
  • Inni soliści
    5
  • Chór
    7
  • Orkiestra symfoniczna
    7
  • Instrumentarium
    6
  • Brzmienie
    7
  • Koncept
    7
  • Repeat Mode
    4
  • Oceny czytelników (4 głosów)
    6.4
Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.