The Sixpounder: Recenzja płyty „True To Yourself”

0

Słuchając poprzednich płyt The Sixpounder zawsze zastanawiałem się, czemu ten zespół nie jest jeszcze potwornie popularny za granicą. Za tą myślą pojawiał się coraz bardziej wykręcony znak zapytania, kiedy zapoznawałem się z masą przeciętnych zespołów, które nawet nie zbliżają się do poziomu grupy, która na szersze wody wypłynęła po udziale w programie Must Be The Music. Po przeczytaniu kilku(nastu) wywiadów z zespołem okazuje się, że chłopaki wybierają niezależność ponad popularność i w efekcie nawet słuchacze z Polski mieli spore problemy z samym nabyciem drugiej płyty Sixpoundera. Sytuacja na szczęście zmieniła się wraz z reedycją krążka.

theSix

Czemu ta sytuacja aż tak boli? Sixpounder, a w szczególności ich druga płyta to pewnego rodzaju laurka podarowana wszystkim fanom metalu. Był tam groove, soczyste riffy, świetnie wyprodukowane brzmienie, znani goście (Vogg! Peter!), wpadające w ucho melodie, znalazło się również miejsce na balladowy hit w postaci ‚Dead Man Walking’, który to utwór chłopaki zdecydowali się zagrać w jednym z etapów Must Be The Music.

Pomijając promocję albumu odnosiłem wrażenie, że Wrocławianie znajdują się u szczytu swojej chwały i teraz mogą albo nagrać kalkę swojego drugiego krążka albo stoczyć się wyraźnie w dół. Którą opcję wybrał The Sixpounder? Ani jedną, ani drugą. Panowie uderzyli ręką w stół i powiedzieli: „dosyć tego idealnego brzmienia, odcięcia powstałych dźwięków od ludzkiej omylności ich twórców”. Całość jest bardziej koncepcyjna, mniej szpanerska, nie nadaje się do samochodu tak, jak poprzedni krążek.

„True To Yourself” nie jest więc kopią „The Sixpounder”. Brzmi potężniej i też bardziej organicznie, jakby na każdym kroku chciano podkreślić, że zespół na swoim trzecim krążku nabiera kształtów i przede wszystkim własnego stylu. Sama produkcja jest dość specyficzna i trzeba się niekiedy przyzwyczaić do bezlitosnej ściany dźwięków – zadaniem zespołu było nagranie krążka autentycznego, nie sprawiającego wrażenia nagrywanego dziesiątki, jeśli nie setki razy tak, aby wszystko brzmiało idealnie. Miało być jak na… koncercie. I to się udało.

Przelećmy więc pokrótce to, co czeka na nas na „True To Yourself”. Pierwsza minuta muzyki nie zachęca nas bynajmniej do wzięcia browara do ręki i wskoczenia w kręcące się pod sceną pogo. Łapiemy za dobrego drinka i siadamy w fotelu wsłuchując się w melancholijny ambient i wokal Frantic Phila. Zamykamy oczy i nagle… jeb! Podwójna stopa, potężny riff, łomot – oto na scenę wchodzi ‚True To Yourself’, utwór tytułowy. Znacie ten moment, w którym na występie zespołu gasną światło, puszczane jest intro, formacja wchodzi na scenę w akompaniamencie braw i krzyków, a następnie zaczyna się łomot? To udało się Sixpounderowi osiągnąć po mistrzowsku – bez konieczności wychodzenia z domu.

‚True to Yourself’ to jeden z lepszych na płycie kawałków, mocny, z jednej strony melodyjny, ale z drugiej nie zawierający ani grama czystego wokalu. Tutaj pojawia się pierwsza wyróżniająca się cecha nowego wydawnictwa Sixpoundera – melodia została przesunięta bardziej na warstwę instrumentalną – wokal to w przeważającej ilości mieszanka growlu ze screamem. Ale po kolei.

Do tej pory albumy wrocławskiej grupy mieściły się w pewnych ramach gatunkowych – mocne uderzenie na początek, skoczne i groove’owe riffy, na przemian krzyczący i śpiewający Phil, a czad i frajda wysadzały głośniki w powietrze. Na „True to Yourself” zespół chciał stworzyć muzykę bardziej unikatową, czasem oszczędną a już na pewno nie rozpychać się łokciami na metalowej scenie i dawać każdemu napotkanemu oponentowi w pysk.

Pozostaje zadać sobie pytanie czy ta sztuka się udała, czy nie. Ciężko powiedzieć, mamy tu bowiem masę świetnych riffów, mistrzowski wokal, urywające głowę gary i wspaniale wyeksponowany bas. Jest to jednak krążek, z którym trzeba się zaprzyjaźnić, a nie każdemu takie podejście do sprawy podejdzie. Utwory stały się nad wyraz złożone – zespół na płycie zawarł kilka istnych labiryntów, które po pierwszych kilku przesłuchaniach pozostawiają słuchacza z uczuciem zagubienia.

Warto dać jednak tym numerom drugą szansę, a sam album smakować w całości. Pierwsze odsłuchy to wielki znak zapytania rozwiewany nieco przez chwytliwe kompozycje takie, jak ‚True to Yourself’, ‚The Past’, ‚Bipolar Disorder’, ‚Wrath’, ‚We All Die In The End’ i ‚The 5th Horseman of Apocalipse’. Reszta zdecydowanie wymaga skupienia, czegoś tak w gruncie rzeczy obcego przy dotychczasowym poznawaniu muzyki The Sixpounder. Zespół dojrzał, wydłużył kompozycje do średnio pięciu minut i nawet powstrzymał się od wrzucenia na krążek ballady w stylu ‚Dead Man Walking’.

Słuchanie „True To Yourself” przywodziło mi na myśl pierwszy kontakt z „Blood Mountain” Mastodona. Pierwsza myśl: „Chłopaki narobili się po łokcie pisząc połamane kawałki. Po co? Przecież poprzedni album skopał mi tyłek z obu stron jednakowo”. Początkowe zrezygnowanie przerodziło się w późniejsze zainteresowanie, a następnie w niepohamowaną chęć spędzania czasu z krążkiem, który powstawał kilkaset godzin, jest mniej spontaniczny od swojego poprzednika, ale za to o wiele bardziej złożony i przemyślany. Kompozycje takie, jak ‚Forever Yours, Together ‘Till The End’, ‚Deep Down Below’ czy ‚I’m Gone’ odpłacają z nawiązką za poświęcony im czas. I tak właśnie powinno się robić dojrzałe albumy!

1. ‚Swan Song’
2. ‚True To Yourself’
3. ‚The Past’
4. ‚Forever Yours, Together ‘Till The End’
5. ‚Deep Down Below’
6. ‚Skeletons’
7. ‚Bipolar Disorder’
8. ‚Wrath’
9. ‚MVP’
10. ‚We All Die In The End’
11. ‚The 5th Horseman of Apocalipse’
12. ‚I’m Gone’
13. ‚Hate’

Wyro(c)k

82%
82%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    7
  • Instrumentarium
    8
  • Wokal
    9
  • Brzmienie
    9
  • Repeat
    8
  • Oceny czytelników (5 głosów)
    8.1
Udostępnij to

O autorze

EchoBartosz

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.