Saltus: Recenzja płyty „Opowieści z przeszłości…”

1

Nie jestem fanatykiem pogańskiego grania, zwykle nadstawiam moich uszu ku innym dźwiękom. Ot, po prostu na dłuższą metę wybieram inną tematykę. A jednak gdzieś tam w serduszku bije zawsze potrzeba bycia z paganem na bieżąco. Może to jakiś zapomniany przodek spod Cedyni drzemie we mnie i chce raz jeszcze poczuć tamte dni? Gy zobaczyłem nowego Saltusa – rzuciłem się na niego jak tenże pradziad na garniec miodu niesionego przez smukłą, złotowłosą dziewoję.

Saltus jest bowiem niezawodny jak stary gawędziarz przybywający do wioski raz do roku, kiedy spłynie śnieg z przełęczy. Pamiętam naprawdę słuchalne „Imperium Słońca” i całkiem zacną „Jedność”, na której zmierzyli się z klasykami Immortal czy Emperora. Teraz znów zaatakowali premierowym materiałem, epką „Opowieści z przeszłości…” i z łatwością wyrąbali sobie drogę do mojego zwykle bijącego dla innych gatunków serca.

Łatwość ta wynika u Saltusa z jednego – chociaż ich tematyka jest czysto historyczna, rzekłbym nawet, że rekonstrukcyjna, to w muzyce ci wojowie spoglądają ku przeszłości raczej bliższej. Stąd też nie ma tutaj tej ludyczności, z którą raczej mi nie po drodze. Jest za to dużo sczerniałego metalu śmierci, mocarnego jak rozszalały tur goniący nieuważnego łowczego. A gdy już się ona pojawia – w (co znamienne!) zamykającej płytę, na metalową modłę przyprawionej przeróbce ‚U mojej matecki’ – to stanowi ukoronowanie całości, truskawkę na hajtowskim torcie.

Zaczyna się mocno, przy ‚Czynie i woli’ na ring wychodzić mógłby pewnie niejeden bokser. POTĘŻNY, idealny do chóralnego śpiewania refren okalają pełne mocy zwrotki, gitary prowadzą na bitwę a bębny odmierzają kolejne wymachy ramion ciągniętych w dół przez miecze i drewniane tarcze. Im dalej w tę epkę, tym częściej kanonady przeplatają się z melorecytacjami podbijanymi przez ogniskowe, gawędziarskie gitarowe granie. To prowadzi nas zaś do drugiej, bardziej nietypowej części płyty – w całości już spokojnego opusu ‚Wierni starej tradycji’ i wspomnianej już wcześniej przeróbki. I całość wypada bardzo strawnie bo zachowuje przez cały czas autentyczność i pewną wewnętrzną spójność.

Ostatnią zaletą epki są zawarte na niej teksty – bo zapadają w pamięć a nie są kiczowate. To, przynajmniej dla mnie, wielka zaleta, bo kiczu w paganie nie znoszę jeszcze bardziej, niż Prusowie przybyszów  wałęsających się po ich świętych gajach. Tutaj jest odpowiednio, bo panowie przekazują, cho chcieli przekazać i robią to w stylu pewnego siebie wojownika, nie nieopierzonego młokosa próbującego się wykazać przed starszymi. Może to kwestia doświadczenia, może dobrego smaku, może jednego i drugiego. Obchodzi mnie tylko efekt, który mógłbym drukować i wciskać ludziom na spotkaniach motywacyjnych, żeby zaczęli ćwiczyć na siłowni i szanować drugiego człowieka.

Dobrze, że bory takich hord są pełne, pozwala to mojemu wewnętrznemu Lechicie z niecierpliwością, ale i optymizmem wypatrywać kolejnych płyt. Graj mi tak dalej, Saltusie, bo pięknie ci to wychodzi.„Kto zaś wytknie ciebie palcem, niechaj zginie w pierwszej walce”.

WYRO(C)K

84%
84%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway To Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master Of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    9
  • INSTRUMENTARIUM
    8
  • BRZMIENIE
    8
  • WOKAL
    8
  • REPEAT MODE
    9
  • Oceny czytelników (4 głosów)
    8.3
Udostępnij to

O autorze

Lockheed

Śmieszek, domorosły filozof, basista in spe. Siedzi głównie w ciężkich brzmieniach, w blacku czy doomie, ale w każdym gatunku może odnaleźć wartościowe kawałki. Studiuje prawo (europejskie).

  • Krzyżowiec

    Pod Cedynią nasi przodkowie nie byli już poganami.