Saltus: Recenzja płyty „Jam jest Samon!”

0

Tarczownicy z Saltusa po raz kolejny opuścili swój gród i gromią przejezdnych na rzadziej uczęszczanych traktach, wśród gęstych borów. Tych samych,w których szum drzew wciąż opowiada dawno zapomniane dzieje. Pisałem przy okazji ich ostatniej rejzy, że pięknie im takie rąbanie wychodzi – i na szczęście nie muszę tamtych słów odszczekiwać przy akompaniamencie garbowania mojej delikatnej skóry. Zespół bowiem nie schodzi z wysokiej formy, którą osiągnął na poprzednim nagraniu.

Muzycy wzięli sobie do serca maksymę oświeceniową, żeby bawiąc uczyć, zaś ucząc bawić i na nowym albumie postanowili wyłupać dla nas historię Samona, postaci historycznej, chociaż częściowo przysłoniętej dziś mgłami historii. Owemu Samonowi, kupcowi frankońskiemu, zdarzyło się półtora tysiąca lat temu zebrać do kupy kilka słowiańskich plemion i sprać razem z nimi ówczesnych Franków na ich własnej ziemi. Niestety, nie doczekał się jeszcze filmu, w którym zagrać go mógłby taki Olbrychski, najlepiej z doklejonym wąsem – dobrze chociaż, że o pamięć upomniało się Podziemie. Dziękujemy!

Muzycznie jest to dokładnie ten sam Saltus, co na epce – tylko jest go więcej. Wciąż mamy tu miksturę black metalu z death metalem, szczęśliwie wciąż trzymaną z dala od wszelkiej maści czerstwego percivalowania, które w metalu jest dla mnie równie strawne, co torf z Biskupina. Natomiast wszystkie elementy znane już ze stylu zespołu, otrzymały tutaj naturalnie więcej przestrzeni na prawidłowe wybrzmienie – płyta trwa niecałe czterdzieści minut a tracklista została dobrze wyważona, przez co słucha się tego z przyjemnością. Gdy trzeba przywalić riffem, riff uderza jak trzeba. Gdy poprawić ma wpadająca w ucho melodia, natychmiast zostaje spuszczona ze strunowej smyczy.

Jednocześnie zespół potrafi zwolnić, zadumać się chwilę, zagrać coś wolniejszego. I świetnie w obu konwencjach odnajduje się wokal – raz sieje popłoch wśród tej gitarowo-perkusyjnej zawieruchy, innym razem spokojnie, podniośle deklamuje. I w obu momentach wypada przekonująco, po prostu pasuje do układanki. Skład Saltusa to bardzo sprawnie działająca maszyna i nie pogniewam się, jeśli zechcą dalej wypuszczać materiały z podobną regularnością.

Nie jest ta płyta lekcją historii ubraną w niedźwiedzie futra concept albumu. Spajający kolejne utwory koncept jest bowiem dość luźny, gdyż panowie żywo wtrącają odniesienia do czasów współczesnych, korzystając z tej sposobności by plwać na polityków i różne przywary współczesności – a i sama historia przemieszana tu została z legendami i patetycznym nastrojem. Mam tylko zgryz z tekstami, które wydają mi się o to jedno oczko słabsze, niż epka – chociaż może tam te kilka kiczowatych wersów nie rzucało się tak w oczy, bo po prostu materiału było mniej. Jest dalej sympatycznie, z oddaniem i zaangażowaniem, ale jakby jeszcze kilka posiedzeń liryce poświęcić, mogłaby wybrzmieć dużo lepiej.

Jeśli odczuwacie czasem potrzebę odkurzenia szyszaka po praprapra…dziadku i zapuszczenia się w bory, to nie mogliście znaleźć lepszego podkładu muzycznego do uganiania się za ostatnimi żubrami. Jeśli szukacie po prostu kompetentnego pagan metalu – Saltus na obecnej scenie nie ma chyba konkurentów przedstawiających chociażby zbliżony poziom.

WYRO(C)K

84%
84%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    8
  • INSTRUMENTARIUM
    8
  • WOKAL
    9
  • BRZMIENIE
    8
  • REPEAT MODE
    9
  • Oceny czytelników (2 głosów)
    6.6
Udostępnij to

O autorze

Lockheed

Artysta-śmieszek, który nienawidzi pisać o sobie. Schodzę pod ziemię i wydobywam dźwięki – im cięższe, tym lepiej. Bluźnierstwo, alkohol, nienawiść, śmierć. Limitowany do 66 kopii.