Running Wild: Recenzja płyty „Port Royal”

0

Running Wild to legenda niemieckiego i światowego heavy metalu. Mimo iż zespół założony przez gitarzystę i wokalistę Rolfa Kasparka swoje najlepsze lata ma już za sobą, tak jednak może poszczycić się bogatym dorobkiem fonograficznym, rzeszą oddanych fanów i niebagatelnym wpływem na muzykę metalową. Kapitan Rock ’n’ Rolf sprawnie prowadził przez wiele lat swój okręt o wdzięcznej nazwie Running Wild, serwując miłośnikom heavy metalu niezapomniane albumy i hymny.

I chociaż statek ten od wielu lat pływa z różnymi rezultatami, to nie można odmówić ekipie Kasparka należnego miejsca w historii heavy metalu. Running Wild odpowiedzialny jest też za stworzenie jednego z podgatunków muzyki metalowej. Jakiego? Pirate Metal! Wydając w 1987 r. swój trzeci album „Under Jolly Roger”, zespół zmienił nieco swoją muzykę oraz image i od tamtego czasu pływa pod piracką banderą. Do tej pory innym grupom grającym w tej stylistyce nie udało się doścignąć okrętu dowodzonego przez Kasparka. Prawdą jest, że od wielu lat Running Wild nie nagrał powalającej płyty, ale i tak cały czas jest niekwestionowanym liderem pirackiego metalu.

Wspomniany „Under Jolly Roger” z pewnością jest ważną i przełomową płytą dla zespołu – i fanów – jednak bohaterem tej akurat morskiej opowieści jest jego następca „Port Royal” z 1988 r. Ten album to kolejny ważny krok w historii Running Wild. Kasparek i jego banda piratów udowodnili, że rozwinęli się muzycznie, przez co ich kompozycje stały się bardziej wyrafinowane. Zniknęła pewna surowość, która cechowała dwa pierwsze albumy – „Gates To Purgatory” z 1984 r. i „Branded And Exiled” z 1985 r. – i której echa pobrzmiewały jeszcze na „Under Jolly Roger”. Pisząc surowość, nie mam na myśli bezmyślnej prymitywności czy czegoś negatywnego. Zespół zawsze miał swój urok. Dobre riffy i melodie są znakiem rozpoznawczym Running Wild od samego początku. Niemniej „Port Royal” pokazuje w pełni profesjonalne podejście do własnej twórczości. Muzycy stali się lepszymi instrumentalistami a płyta została nienagannie wyprodukowana.

Warto jeszcze wspomnieć o oprawie graficznej. Istotną sprawą jest również spójność okładki z zawartością muzyczną. I to w przypadku omawianej płyty zazębiło się perfekcyjnie. Port Royal kilka wieków temu miał złą sławę, albowiem był główną siedzibą piratów, złodziei oraz innych typów spod ciemniej gwiazdy. Okładka przedstawia zespół podczas najwidoczniej ostro zakrapianego posiłku w jednej z tawern. Idealnie odzwierciedla piracki image zespołu.

Z okładką wiąże się też interesująca historia. Została ona stworzona, kiedy ówczesny perkusista Stefan Schwarzmann był w jeszcze zespole i nagrał swoje partie na ten album, po czym go opuścił. Dlatego jest on widoczny na jej froncie. Z kolei na zdjęciu z tyłu okładki jest już jego następca – Ian Finlay. Wprowadziło to małe zamieszanie na pewien czas w kwestii tego, który z tej dwójki zagrał na tym krążku. No a jak z zawartością muzyczną?

W klimat „Port Royal” wprowadza ‚Intro’, w którym słychać czyjeś kroki, po czym otwierają się drzwi i do uszu napływają narastające dźwięki knajpianej imprezy. Nagle pada pytanie: Where am I?, na które odpowiedź nie może brzmieć inaczej jak: You want to know where you are? In Port Royal! Idealne wprowadzenie do rewelacyjnego utworu tytułowego. To istny piracki hymn. Świetne riffy i dobry refren czynią ten kawałek metalową klasyką. Po nim czas na kolejny strzał w postaci ‘Raging Fire’, który jest chwytliwy i dynamiczny, stworzony wprost na koncerty. Dodam przy okazji, że tematyka morskich opowieści nie dominuje aż tak bardzo w twórczości Niemców, jak mogłoby się wydawać. W tekstach poruszane są także bardzo ważne tematy. Ma to miejsce chociażby w następnym w kolejności ‘Into The Arena’. Dotyczy on nowoczesnego społeczeństwa i wpływu korporacji na nie; jak one okłamują ludzi, żeby utrzymać władzę.

Podobnie poważny ton utrzymany jest w ‘Uaschitschun’. Słowo to pochodzi z języka rdzennych amerykanów, które można przetłumaczyć jako ośli łeb albo idiota. Tekst jest napisany z perspektywy Indian obserwujących to, co wyczyniają biali ludzie z naturą. Indianie przywiązani do niej nie rozumieją działań białych osadników, którzy bezmyślnie ją niszczą. Sam utwór jest też chyba najbardziej melodyjnym utworem, jaki Running Wild ma w swoim repertuarze. To prawdziwy hit, który pokazuje zespół z nieco innej strony – trochę komercyjnej, ale w pozytywnym sensie. ‘Uaschitschun’ kończą słowa, które wypowiedział Wódz Seattle:

Only when the last tree has been felled,
The last fish caught,
The last river poisoned,
Will you know that man cannot eat money

Co w tłumaczeniu brzmi:

Dopiero gdy ostatnie drzewo zostanie ścięte,
Ostatnia ryba złapana,
Ostatnia rzeka zatruta,
Zrozumiesz, że człowiek nie może jeść pieniędzy

Pierwszą część płyty zamyka instrumentalny ‘Final Gates’. Tutaj dużo do powiedzenia ma basista – Jens Becker. Nie ma się co dziwić, skoro skomponował ten kawałek. Ścieżki basu nałożone na siebie tworzą linie melodyczne i harmonie, a gitary są schowane, uwydatniając bas. Pojawiają się solówki gitarowe, lecz to bas jest tutaj głównym instrumentem. Ciekawy zabieg i pomysł, który Becker kontynuował na dwóch następnych płytach w utworach ‘Highland Glory’ i ‘Over The Rainbow’.

Druga część „Port Royal” to kolejna dawka solidnego heavy metalu. ‘Final Gates’ stanowił niejako zakończenie pierwszej i dobrze też wprowadził w następną. A to za sprawą Jensa Beckera, do którego należy wstęp do ‘Conquistadores’, w którym użył podobnego patentu jak w ‘Final Gates’. Po wprowadzeniu na gitarze basowej następuje żwawa galopada z tekstem opowiadającym o, co sugeruje tytuł, konkwistadorach. Zespół zwalnia nieco tempo w ciężkim ‘Blown To Kingdom Come’. I dobrze, bo wprowadza on potrzebny kontrast, dzięki czemu płyta jest zróżnicowana. Potem następuje szybki i najkrótszy na płycie – nie licząc intra – ‘Warchild’ opowiadający o niektórych krajach w Afryce, gdzie szaleńcy wysyłają uzbrojone dzieci do walki jako żołnierzy.

Do morskich opowieści Running Wild wraca w ‘Mutiny’ i zamykającym płytę ‘Calico Jack’. Ten ostatni jest zarazem pierwszym długim i rozbudowanym utworem zespołu. Trwa ponad 8 minut, a wcześniej żadna kompozycja grupy nie przekroczyła 6 minut. To też sygnał, że w przyszłości ekipa Kasparka pokusi się o więcej dłuższych i rozbudowanych kawałków – co też się stało. Calico Jack był piratem żyjącym na przełomie XVII-XVIII wieku i jemu poświęcony jest tekst tej kompozycji. Jak przyznaje Rock ’n’ Rolf, na poprzedniej płycie inspiracją do pisania o piratach były głównie hollywoodzkie filmy. Przy tworzeniu „Port Royal” lider sięgnął po książki i materiały dotyczące prawdziwych piratów, czego dowodem jest utwór tytułowy czy właśnie ‘Calico Jack’ – stanowiący grande finale albumu.

W tym roku mija 30 lat od wydania „Port Royal”. Przyznam, że słuchając tej płyty odczuwam te same emocje jak 29 lat temu, kiedy to po raz pierwszy ją usłyszałem, rok po premierze. To kawał rzetelnego heavy metalu z najwyższej półki, który nigdy nie zardzewieje. Warto po nią sięgać – zalecane jest częste dawkowanie.

1. Intro
2. Port Royal
3. Raging Fire
4. Into The Arena
5. Uaschitschun
6. Final Gates
7. Conquistadores
8. Blown to Kingdom Come
9. Warchild
10. Mutiny
11. Calico Jack

Wyro(c)k

96%
96%
Master of Puppets

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    10
  • INSTRUMENTARIUM
    9
  • WOKAL
    9
  • BRZMIENIE
    10
  • REPEAT MODE
    10
  • Oceny czytelników (2 głosów)
    7.4
Udostępnij to

O autorze

Miłośnik wszelkich odmian ciężkiej muzyki, Star Wars i egzotycznych miejsc. Mawia, że Jedi są spoko, ale Imperium też. Lubi dobrą książkę, film czy serial. Basista w stanie spoczynku. Grał w Island, Chainsaw, Puki' Mahlu i kilku innych zespołach. Od 30 lat w służbie metalu. Stay Heavy! \m/