Recenzja płyty Sunnata – „Climbing The Colossus”

1

Można bawić się co prawda w szufladkowanie gatunków muzycznych, wymienianie ich cech charakterystycznych, klasyfikowanie pod względem tempa, brzmienia, wpływów, pod którymi powstały. Owszem, można. Mimo to, w mojej głowie jeden gatunek ma swój bardzo wyraźny wyznacznik – jeśli podczas słuchania muzyki jesteśmy w stanie wręcz poczuć gęste kłęby dymu, to obcujemy z poważnym, męskim, z krwi i kości doomem. Takim właśnie wydawnictwem jest najnowszy krążek rodzimej grupy Sunnata – „Climbing The Collosus”.

Climbing_The_Colossus

Całość podzielona została na 4. części. Pojawiające się średnio co dwa utwory ambientowe wstawki mogą wprowadzić malkontentów w stan chwilowego wzburzenia, są to jednak emocje zupełnie niepotrzebne. Okazuje się, że panowie z Sunnaty postanowili zapewnić słuchaczom niejako coś w rodzaju własnego rozliczenia z gatunkiem, spróbowania wszystkiego, co się w ramach doomu jest w stanie zmieścić.

Zaczynamy więc od początku. Wita nas intro i pierwszy utwór, ‚Orcan’, zaraz za nim krótka przerwa i dwie kolejne kompozycje – ‚Asteroid’ oraz ‚Seven’. Tę sekcję krążka z powodzeniem możemy określić mianem klasycznej. Od pierwszych dźwięków słychać, że Sunnata zwyczajnie nie chce brzmieć łagodnie, nie chce chować basu z tyłu, a wokal bez nałożonego przesteru nie leży w guście odpowiadających za krążek muzyków. Nie jest to naturalnie wada – ugięcie się pod pewnymi naciskami czy trendami doprowadziłoby do powstania co najwyżej tworu doomopodobnego. Muzykom jest zdecydowanie blisko do klimatów znanych fanom gatunku z Electric Wizard czy Conan. Brzmienie gitar jest wysoce nieselektywne, a pędzącą wciąż do przodu masę stara się trzymać w ryzach posępna perkusja. Fani klasyki poczują się jak w domu słysząc charakterystyczne riffy, proste, aczkolwiek chwytliwe rozwiązania i wgniatające w fotel basy. Nawet przy pozornej prostocie instrumentaliści pozostawiają sobie spore pole do popisu i improwizacji – wiele przejść perkusyjnych przy pierwszych odsłuchach brzmi oryginalnie, nie wspominając już o wynurzającym się znikąd znakomitym zwolnieniu tempa w utworze ‚Seven’.

Po galopadzie doomowych riffów jesteśmy informowani kolejnym, krótkim motywem o zmianie, która zaraz nastąpi. Często zaglądając w głąb albumów stwierdzamy, że po znakomitym początku reszta krążka to swojego rodzaju przerost formy nad treścią, coś, co ma nabijać kolejne minuty i pomagać sprzedawać te lepsze utwory. Na szczęście tutaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Sunnata

Warszawiacy po puszczeniu oka do ortodoksyjnych miłośników gatunku postanawiają się w dalszej części krążka ukłonić fanom chwytliwych utworów. Doskonałym tego przykładem jest zdecydowanie najlepszy na „Climbing The Colossus” utwór ‚Path’. W rozpoczynającym kompozycję intrze słuchacz jest ledwo w stanie wyłapać poszczególne dźwięki gitary a mocne uderzenia w perkusyjne tomy nie pomagają w wyklarowaniu się sytuacji. Czuć jednak od początku kumulującą się energię i materiał na hit, czego dowód dostajemy w fenomenalnym refrenie. Jeśli ktokolwiek się kiedyś zastanawiał, jak może brzmieć Godsmack ubrany w doom metalowe szaty – Sunnata dostarcza odpowiedzi. W taki właśnie wzorzec wpasowują się utwory ‚Path’, ‚Stalagmites’ oraz cięższy, zapowiadający koniec albumu ‚Monolith’.

Kolejna wstawka, kolejna część. Tym razem zbliżamy się już do końca albumu. ‚Fomalhaut’ to swoiste podsumowanie całego wydawnictwa, pomieszanie zawartych na nim stylów. Po mocnym, przesterowanym początku do słuchacza dociera mocno kyussowy motyw, by następnie przerodzić się w galopadę riffów i przebojowy koniec krążka. Koniec, warto zaznaczyć, dość progresywny – cały utwór trwa niespełna 10 minut, stanowiąc tym samym najdłuższą kompozycję na albumie. Czy są tu jakieś słabe punkty? Niektórym może przeszkadzać zbyt przybrudzone brzmienie, znaczne wymieszanie basu z gitarami, bazowanie głównie na dostarczanej zaprawionym w boju doomowcom energii. Jest to po prostu album ciężki, oddany gatunkowi, zyskujący z każdym kolejnym odsłuchem.

Nie przedłużając – jestem bardzo pozytywnie zaskoczony najnowszym krążkiem Warszawiaków. Jest to dość przystępna propozycja dla każdego, kto doświadczyć porządnej dawki riffów i komu nie przeszkadza wszechobecny brud. Doomowcy, łączcie się i wspierajcie polską scenę! Warto to robić, tym bardziej, że „Climbing The Colossus” jest albumem bardzo dobrym.

Ocena: 8/10

Bartosz Pietrzak

Tracklista:

1. I
2. Orcan
3. II
4. Asteroid
5. Seven
6. III
7. Path
8. Stalagmites
9. Monolith
10. IV
11. Fomalhaut
12. V

Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.