Recenzja płyty Orange the Juice – „The Messiah is Back”

0

Orange the Juice to zespół ze Stalowej Woli, który przykuwa uwagę niekonwencjonalnym podejściem do muzyki. Ich najważniejsze dokonania to supportowanie The Young Gods, występ na Sziget Festiwal, Zappanale (hołd dla twórczości Franka Zappy), czy wreszcie przyznana przez portal 411mania.com nagroda w kategorii „Best Breakthrough Artist of the Year” za debiutancki krążek „You Name It” z 2008 roku. Nowa płyta „The Messiah is Back” ze względu na przekrojowy styl muzyki doczekała się wielu mniej, lub bardziej pozytywnych recenzji w przeróżnych muzycznych serwisach. Jak więc oceniona zostanie przez zwolenników ciężkich brzmień? Zobaczcie sami.

recenzja orange the juice

Już sama forma wydawnictwa zwiastuje, że nie będzie to zwykły album. Czerwona piramidka wypełniona krówkami intryguje, a opatrzona cytatem, przypominająca zaproszenie na ważną uroczystość okładka płyty zdecydowanie przykuwa uwagę. W środku, który prezentuje się nie gorzej niż zewnętrzna obwoluta znajdziemy mnóstwo informacji wypisanych piękną złotą czcionką oraz, co najważniejsze, krążek. I tu ostrzegam – po włożeniu go odtwarzacza i wciśnięciu przycisku „play” możecie mieć co najmniej mieszane uczucia.

Wyobraźmy sobie dwie rzeczy, które kompletnie do siebie nie pasują. Za przykład posłuży rozprowadzany po polu przez rolników nawóz i beczka prochu na pirackim statku. Czy ja bredzę? Nie, tak właśnie w skrócie można zobrazować sobie muzykę Orange the Juice. Muzykę, która zawarta na zaledwie siedmiu utworach jest połączeniem wszelkich możliwych gatunków świata. Na „The Messiah is Back” klimat i dźwięki zmieniają się szybciej niż zdanie przeciętnej kobiety. Nawet sam schizofrenik słysząc te chore kakofonie z miejsca uzna, że jest zupełnie zdrowy. I tu stawiam pytanie, na które sam sobie nie potrafię odpowiedzieć: Czy muzycy ze stalowowiejskiej kapeli to instrumentalni geniusze potrafiący bez trudu zagrać każdy możliwy rodzaj muzyki, czy banda pomyleńców, których życiem rządzi bezprecedensowy chaos?

Jeżeli pierwszy wariant okazałby się słuszny, to dlaczego zamiast jednego niespójnego krążka nie nagrali pięćdziesięciu w rozmaitych gatunkach? Odpowiedź może leżeć w chęci bycia awangardowym i oryginalnym. Owszem, muzyczne mariaże są ostatnio bardzo popularne, ale trzeba przyznać, że jeszcze nikt w jednym kawałku nie ożenił ze sobą jazzu, ostrego rocka, psychodelii, funky, disco, muzyki filmowej, elektronicznej i folkloru bałkańskiego. Nie wspominając o tym, że schemat „refren – zwrotka” jest odległy od zespołu o co najmniej setki lat świetlnych.

Tylko po co to wszystko? Wszyscy dobrze wiemy, że nie ma rzeczy uniwersalnych. Jeżeli coś jest „do wszystkiego”, tak naprawdę jest „do niczego”. Przekrojowy styl muzyki Orange the Juice nie sprawi, że pokochają ich wszelkie istniejące subkultury. Zahaczenie o każdy gatunek muzyki nie przysporzy im nowych fanów. Utwory takie jak ‚Romanian Beach’ i ‚Summer Sea’ przypominają raczej „śmieciową” zupę, niż awangardową sztukę. Może gdyby zrywne i nieokiełznane zmiany melodii zastąpić płynnymi, progresywnymi przejściami byłoby znacznie lepiej?

Wśród bałaganu, jaki panuje na „The Messiah is Back” da się jednak dostrzec coś pozytywnego. Głos zespołu, Konrad Zawadzki to prawdziwy, lecz nieokiełznany talent. Jego skala dźwięków nie ogranicza się tylko do wysokich czy niskich rejestrów, wokalista potrafi znacznie więcej… Gdy trzeba szepcze niczym opętany demonami klecha, innym razem wydziera się jak torturowany w lochach więzień, a w skrajnych przypadkach zdarzają mu się wręcz radiowe melodeklamacje. Zamykający album utwór ‘I Was Wrong’ to idealny przykład jego znakomitych wokalnych możliwości.

www.youtube.com/watch?v=uDDEZ1aEw10

Sytuacje ratują także zaproszeni do współpracy goście. Na przestrzeni utworów mamy więc do wyboru m.in. chór chłopięcy Cantus ze Stalowej Woli, Erwina Żebro z grupy Piersi oraz finalistkę The Voice Of Poland – Idę Zalewską. Ponadto gościem specjalnym zaproszonym przez Orange The Juice do udziału w projekcie jest młody utalentowany polski jazzman – Maciej Obara – znany ze współpracy chociażby z Tomaszem Stańko. Miejsce, w którym dokonywane były nagrania również podnosi końcową ocenę. Sala kinowa „Wrzos” w Stalowej Woli nadała materiałowi niezwykłej przestrzeni, co przekłada się na znakomitą jakość odbioru.

Pozostając w temacie jakości, zarówno szaty graficznej okładki jak i utworów, które znajdziemy na płycie, trzeba przyznać, że muzycy z Orange the Juice musieli się mocno i sumiennie napracować. Szkoda jednak, że koniec końców pomysł okazał się chybiony. Ich twórczość można potraktować zaledwie jako muzyczną ciekawostkę, lub chaotyczny odłam. Wszelkie próby rozwikłania zagadki pod tytułem „Co autor miał na myśli…” kończą się fiaskiem, a co za tym idzie kolejną stertą pytań bez odpowiedzi. Warto posłuchać, nie warto zapamiętać.

Tracklista:
1. ‚Romanian Beach’
2. ‚Summer Sea’
3. ‚The Message’
4. ‚A Body Without A Head’
5. ‚Report’
6. ‚Blame’
7. ‚I Was Wrong’

Ocena: 4/10

Autor: Mateusz Dudziński

Udostępnij to

O autorze

MattMarduk

Uzależniony od muzyki. Każdej. Bez względu na gatunek. Chłonę wszystko - od miejscowego undergroundu, aż po światowe legendy metalu. Otoczony dźwiękami całą dobę pisuję, czytuję i poznaję. W życiu kieruję się słowami, które zostawił po sobie Cliff Burton: "Nie wypalasz się od szybkiego życia. Wypalasz się od powolności i znudzenia."