Recenzja płyty BlackSnake – „Lucifer’s Bride”

1

Kolejna polska kapela i kolejne zaskoczenie. Czuję się, jakbym przespał moment, w którym nasze rodzime zespoły stały się tak dobre, że bez problemu mogą konkurować z tymi zza oceanu. Gdy zostałem zapytany przez redakcyjnego kolegę czy podejmę się omówienia nowej płyty nieznanego mi wcześniej zespołu BlackSnake, wahałem się. Nie wiedziałem, czy chcę się za to wziąć… Dziś biję się w pierś i jestem pewny, że gdybym odmówił, zrobiłbym jeden z największych błędów w moim recenzenckim życiu. Na szczęście jednak zgodziłem się i z ogromną przyjemnością przedstawiam Wam „Lucifer’s Bride”.

Recenzja płyty BlackSnake - "Lucifer's Bride"

BlackSnake to zespół, który ma sobą wiele bolesnych rozstań i przeżyć. Gdyby nie silna wola i zawziętość ostatniego oryginalnego członka oryginalnego składu – gitarzysty Maćka „Wiącka” Więckowskiego, kapela z Przemyśla rozpadłaby się już kilka kroków od startu i teraz nie byłoby nawet śladu po jej istnieniu. Ilekroć  pojawiał się ktoś nowy, już ktoś inny zdążył odejść. Przez osiem lat istnienia zespołu przewinęło się przez niego tylu muzyków, że nawet trudno to sobie wyobrazić. Opisanie ich wszystkich to materiał na zupełnie oddzielny artykuł.

Pomimo trudów, znoju i burzliwej przeszłości, udało się. Jest płyta. Płyta, która (jak możemy przeczytać w Internecie) jest połączeniem stoner, doom i thrash metalu. Dla mnie jednak jest to szeroko pojęty rock’n’roll zawierający tylko pojedyncze smaczki wyżej wymienionych szufladek. Co więcej, znajdziemy tu także sporo klasycznego heavy metalu. Fani sortowania będą uradowani, ponieważ praktycznie każdy utwór można rozbić na poszczególne gatunki.

Zanim przejdziemy do omawiania poszczególnych utworów, jest jeszcze coś, o czym nie sposób nie wspomnieć. Coś, czego nadal nie mogę zrozumieć. Na okładce płyty widnieje zapewne tytułowa „Narzeczona Lucyfera”, która wygląda dość… dziwnie. Uprząż w zębach i okręcone włosami rogi bardziej śmieszą, niż wprowadzają w klimat płyty. Niestety, ale tak drobny detal może zniechęcić i wprawić w zakłopotanie. Tak drobny detal może zaważyć nad tym, czy ktoś faktycznie zdecyduje się sięgnąć po ten krążek. Rozumiem i w pełni popieram to, że BlackSnake to zespół o luźnym podejściu do życia i muzyki, ale pierwsze wrażenie często jest najważniejsze.

maxresdefault

Zastanawiając się nad tym, co napisać o samych utworach wysnułem całkiem ciekawą (i zapewne kolosalnie przerysowaną) tezę. Skoro jest to thrash metal, to z całą pewnością jest on przebojowy. Tak przebojowy jak „Czarny Album” Metalliki. I tutaj zaczęły się moje chore domysły: nazwa BlackSnake to nic innego jak czarny wąż z okładki piątej płyty amerykańskich wymiataczy. Bredzę? Być może, ale jest coś jeszcze co popiera moje odważne wnioski. Wstęp do ‚Black Heart Blues’ lekko przypomina mi intro utworu ‚Enter Sandman’, a słowna wyliczanka przedszkolaków w tytułowym utworze kojarzy się z modlitwą dziecka, którą znajdziemy w dalszej części wspomnianego, słynnego utworu.

Co z resztą utworów? Nie łatwo jest wybrać najlepsze kawałki, a wszystkich po kolei także nie ma potrzeby omawiać. Album ‚Lucifer’s Bride’ trwa zaledwie trzydzieści osiem minut i zaskakująco dobrze brzmi odtwarzany w całości. Gdy próbowałem rozłożyć go na czynniki pierwsze, nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu nie mogłem dojść do tego, co mi się w nim tak naprawdę podoba. Tutaj chodzi chyba o ogólną nośność, zróżnicowanie i o to, że krążek nadaje się zarówno jako tło do spania, jaki do odtwarzania na trzystuwatowych kolumnach.

Nie byłoby jednak opiniotwórczej recenzji gdybym całkowicie zrezygnował z opisania choćby garstki utworów. Po dłuższym namyśle postanowiłem wyróżnić opatrzony klimatycznym, zagranym na organach wstępem ‚Legacy of Rock’, który dzięki ciekawym gitarowym pasażom i dynamicznemu wokalowi zyskuje niebanalnego uroku. Jest ciężko, a zarazem bardzo melodyjnie i rytmicznie.

Dalej uwagę przykuwa ‚Broken Heart Blues’, który oprócz wyżej wspomnianego akustycznego początku zawiera klasycznie brzmiącą harmonijkę ustną, bardzo przyjemnie skomponowane klawiszowe wstawki oraz fantastyczną saksofonową zagrywkę w dalszej części utworu. Warto także wspomnieć o ciekawym efekcie – całość posiada charakterystyczne dla płyt winylowych trzaski, co postarza i dodaje uroku kompozycji.

‚Holy Deciver’ to już znacznie ostrzejsze granie, a głos robota na końcu utworu przypomina, że zespół z Przemyśla nadal traktuje wszystko z należytym luzem. Następnie mamy ‚Iron Ground’ ze świetnie zagranym, bujającym gitarowym riffem, który pobudza do machania piórami, jednocześnie pozostawiając w odbiorcy spory niedosyt wrażeń. Natomiast ostatni na płycie utwór ‚Say Godbye to Heaven’ żegna słuchaczy trzęsieniem ziemi, które funduję pędząca z gracją sarenki i siłą goryla podwójna stopa perkusji.

W zakończeniu mógłbym napisać, że BlackSnake to kolejna nadzieja polskiej sceny muzycznej, że znają się na swoim rzemiośle jak mało kto, że już dawno nie było tak świetnego zespołu, ale po co? Ocena mówi sama za siebie. To tyle. Zapraszam do słuchania.

Lista utworów:

1. Lucifer’s Bride
2. Pandemonium
3. Legacy Of Rock
4. Black Rider
5. Red Death
6. Warning
7. Brokenheart Blues
8. Holy Deceiver
9. Iron Ground
10. Say Goodbye To Heaven

Ocena: 8/10

Recenzja płyty BlackSnake - "Lucifer's Bride"

Udostępnij to

O autorze

MattMarduk

Uzależniony od muzyki. Każdej. Bez względu na gatunek. Chłonę wszystko - od miejscowego undergroundu, aż po światowe legendy metalu. Otoczony dźwiękami całą dobę pisuję, czytuję i poznaję. W życiu kieruję się słowami, które zostawił po sobie Cliff Burton: "Nie wypalasz się od szybkiego życia. Wypalasz się od powolności i znudzenia."