Neil Young: Recenzja płyty „The Visitor”

0

Kolejny rok, kolejna płyta niestrudzonego Neila Younga. Tym razem „Gość” pojawił się prawie dokładnie rok po wydaniu dość chłodno przyjętego albumu „Peace Trail”. Czy po 50 latach kariery da się utrzymać jakość muzyki wydając ją z taką częstotliwością? Niestety, „The Visitor” pokazuje, że Young ma z tym coraz większe problemy.

Poprzedni album „Peace Trail” został napisany i nagrany w ciągu paru dni. Wobec niedopracowanych kompozycji i wykonań, a także osobliwych rozwiązań np. użycie efektu autotune, nie zdobył dużego uznania wśród krytyków. Young, który w latach 70-tych był gwarancją dobrej muzyki, wkroczył w okres nieobliczalności znanej z lat 80-tych, kiedy to każdy album nagrany był w innym stylu. Obecnie trzyma się tradycyjnego folk/country rocka, w dużej mierze dzięki nowemu zespołowi Promise of the Real, ale niektóre z jego obecnych pomysłów mogą wywołać zdumienie – lub w bardziej ekstremalnych przypadkach przerażenie – wśród fanów. Na „The Visitor” artysta znów zaprosił do studia grupę braci Nelson i kontynuuje tematykę polityczno-prośrodowiskową znaną z „The Monsanto Years” z 2015 roku. Utwory promujące płytę, ‚Children of Destiny’ i ‚Already Great’, są bardzo mocno zaangażowane politycznie i od razu podzieliły słuchaczy. Pierwszy to pompatyczny utwór, w którym Young śpiewa:

Walcz o to, w co wierzysz
Oprzyj się siłom, które rządzą
Chroń sens demokracji
By dzieci mogły być wolne
Dzieci przeznaczenia

Tekst został jednoznacznie odczytany jako protest wobec polityki Donalda Trumpa. ‚Already Great’ jest natomiast odpowiedzią na jego hasło ‚Make America Great Again’. Według Younga Ameryka już jest wspaniała bez polityki i układów, co obrazuje teledyskiem, w którym przemierza kraj swoim ekologicznym samochodem LincVolt.

Orkiestra kompozytora filmowego Chrisa Waldena, z którą Neil nagrał całą płytę „Storytone”, tym razem pojawia się tylko w hymnowym ‚Children of Destiny’. Reszta utworów to cała galeria osobliwych, nietypowych jak na Younga pomysłów. Nie wiem czy jest to coraz większy wpływ towarzystwa Promise of the Real, Neilowi zaczyna po prostu brakować pomysłów na dobre piosenki, czy nie chce nad nimi dłużej popracować, by oszlifować teksty i melodie oraz przemyśleć niektóre rozwiązania. W ‚Fly By Night Deal’ Young zamiast śpiewać skanduje tekst, co nie sprawia zbyt dobrego wrażenia. Podobnie w akustycznym ‚Change of Heart’, który mógłby być jednym z klasycznych utworów artysty, gdyby tylko pokusił się o wydobycie pięknej melodii kryjącej się w warstwie instrumentalnej i śpiewanie zamiast dziwnej recytacji psującej ogólny odbiór. Zupełnie wypadają z głowy dwa krótkie bluesy, ‚Diggin’ a Hole’ i ‚When Bad Got Good’, w których ciężko wskazać nawet jakiekolwiek cechy charakterystyczne. Kompletnie nie rozumiem również zabiegu zastosowanego w ‚Almost Always’, który jest marną kopią ‚Unknown Legend’. Zamiast ukryć podobieństwa, pojawia się nawet ta sama charakterystyczna zagrywka, co w nagranym 25 lat wcześniej utworze! Zupełnie niedorzeczny pomysł i karykatura wcześniejszego dorobku. Przeraża ponad 8-minutowy ‚Carnival’ umieszczony w środku płyty, mający chyba spełniać zadanie epickiej kompozycji. Tymczasem jest to utwór o pseudo-latynoskim klimacie, jak najdalszym od twórczości Younga – coś z klimatu Elvis na Hawajach albo Krzysztof Krawczyk w Acapulco. Jednym słowem straszne. Wygląda więc na to, że oprócz dwóch singlowych utworów, powiedzmy sobie szczerze nie najwyższych lotów, może nie najlepszym, ale najbezpieczniejszym jest ostatni ‚Forever’. 10-minutowy, akustyczny utwór wlecze się leniwie, zgodnie z tytułem „całą wieczność”, ale dzięki delikatnym gitarom i bongosom przywodzi na myśl czasy albumu „On the Beach” czy ‚Through My Sails’ z „Zuma”.

„The Visitor” potwierdza pojawiające się od pewnego czasu obawy fanów. Neil Young za bardzo uwierzył w filozofię, że pierwszy pomysł jest zawsze najlepszy. Nie potrafi ocenić obiektywnie swojej twórczości, a w obecnym wieku powinien już chyba uważniej dobierać swój repertuar. Choć mnie osobiście bardzo podobały się jednorazowe projekty w postaci „Fork in the Road”, „Le Noise” czy nawet „Storytone”, bo świadczyły o dalszych poszukiwaniach, to ostatnie dwa albumy niebezpiecznie zbliżyły Younga do nadszarpnięcia własnej legendy. Zarówno „Peace Trail” jak i „The Visitor” zawierają po prostu słabe, niezapadające w pamięć utwory, które Neil porzuci przy okazji kolejnego przedsięwzięcia. Mam tylko nadzieję, że okaże się ono lepszej jakości. Nowej płyty można przesłuchać, choć wydaje mi się, że fani szybko wrócą do właśnie otwartej strony Archives, na której artysta umieścił cały swój dorobek w porządku chronologicznym. Polecam zapoznać się z projektem, bo twórczość Younga jest w naszym kraju zdecydowanie niedoceniana i szerzej nieznana.

01. Already Great
02. Fly By Night Deal
03. Almost Always
04. Stand Tall
05. Change of Heart
06. Carnival
07. Diggin’ a Hole
08. Children of Destiny
09. When Bad Got Good
10. Forever

Wyro(c)k

48%
48%
Another Brick in the Wall

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    3
  • Instrumentarium
    7
  • Wokal
    5
  • Brzmienie
    6
  • Repeat mode
    3
  • Oceny czytelników (1 głosów)
    5.3
Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał „Nevermind” Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości – muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać… dobrą rockową nowinę!