Neil Young: Recenzja płyty „Earth”

0

Najkrócej można by napisać: Neil Young wydał nowy album koncertowy. Nie jest to jednak do końca prawda, bo „Earth” to pewnego rodzaju ekscentryczny koncept album oparty o stare i nowe utwory, którym przewodzi jeden temat – Matka Ziemia.

screen-shot-2016-05-13-at-12-26-01-pm

Od „Mother Earth” właśnie zaczyna się ta płyta. Wobec ostatnich działań Younga, który mocno zaangażował się w ochronę środowiska utwór, który liczy sobie już 25 lat nabiera nowego znaczenia. Co ciekawe, rozpoczynają go i kończą… odgłosy zwierząt. Taki był właśnie zamysł Neila – wybrać ze swojej twórczości kawałki, których tematyka ma coś wspólnego z naturą i połączyć je odgłosami natury. Przyznam, że wypada to trochę osobliwie i już w drugim utworze, premierowym „Seed Justice”, kumkanie żab i gdakanie kur zaczyna przeszkadzać. Do tego drażnią studyjne, bezcelowo dograne chórki – przecież na koncertach śpiewają wszyscy muzycy towarzyszącego zespołu. Słychać ich już na szczęście w „Country Home”, którego w obróbce studyjnej potraktowano dość łagodnie. No właśnie, warto tutaj wspomnieć o nowej grupie wspomagającej Younga, Promise of the Real, którą tworzą m.in. synowie innej legendy amerykańskiego folku i country – Williego Nelsona. Jest to pierwsza od długiego czasu sytuacja, gdy Neil gra z zupełnie nowymi muzykami. Po nagraniu z nimi płyty „The Monsanto Years” ruszył w trasę, której część europejska właśnie trwa i zakończy się 23 lipca w Austrii.

Dwupłytowy, 13-utworowy album wypełnia parę klasyków artysty, jednak w większości dobór utworów jest dość nieoczywisty. Znajdują się na nim oczywiście nowe, z promowanego albumu studyjnego „The Monsanto Years”, „People Want to Hear About Love”, „Big Box” oraz „Wolf Moon”. Dla fanów najciekawszy na pewno będzie środek płyty, gdzie znalazły się takie rarytasy jak „Western Hero”, „Vampire Blues” i „Hippie Dream”, które nie były wykonywane od wielu, wielu lat. Szczególnie „Hippie Dream” robi tutaj wrażenie – na płycie „Landing on Water” z lat 80-tych był to słabo wyprodukowany, syntezatorowy numer. Tutaj nabiera on nowego życia i prowadzony jest przez brudny riff zyskując dodatkową energię i zupełnie nowe oblicze. Album trwa aż 97 minut, a to głównie za sprawą ostatniej piosenki „Love and Only Love”. Jest to jeden ze słynnych „tasiemców” w twórczości Younga, który na koncertach może ciągnąć się w nieskończoność i także tutaj trwa 28 minut. Nie cały ten czas wypełniają hałaśliwe, gitarowe solówki – druga połowa to pejzaż dźwiękowy złożony z różnych zakończeń utworu (ten patent Young stosował już na „Arc” – dodatku do koncertówki „Weld”), na tle którego także słychać zwierzęta.

promiseofthereal-2015

Gdyby nie te wspomniane elementy – zbędne studyjne dogrywki, które momentami przepuszczone przez autotune’a wypadają karykaturalnie oraz pojawiające się pomiędzy i w trakcie piosenek odgłosy zwierząt, mógłby to byś naprawdę świetny koncertowy album pokazujący siłę obecnego składu. Niestety, te wady odbierają radość ze słuchania wspaniałej muzyki. „Earth” to ekscentryczna zachcianka artysty, ale jak mawiał sam Neil „dajcie hipisowi za dużo pieniędzy i wszystko może się wydarzyć…” Właśnie wydarzyła się jedna z najdziwniejszych i najbardziej intrygujących rzeczy w jego bogatej dyskografii.

CD 1
1. Mother Earth
2. Seed Justice
3. My Country Home
4. The Monsanto Years
5. Western Hero
6. Vampire Blues
7. Hippie Dream
8. After the Gold Rush
9. Human Highway

CD 2
1. Big Box
2. People Want to Hear About Love
3. Wolf Moon
4. Love and Only Love

neil-young-earth

Wyro(c)k

60%
60%
Proud Mary

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway To Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master Of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    5
  • Instrumentarium
    9
  • Wokal
    8
  • Brzmienie
    3
  • Repeat Mode
    5
  • Oceny czytelników (1 głosów)
    6.5
Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał „Nevermind” Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości – muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać… dobrą rockową nowinę!