Ministry: Recenzja płyty „AmeriKKKant”

0

Al Jourgensen przed laty zapowiadał, że bez zmarłego tragicznie gitarzysty, Mike’a Scacci, Ministry nie ma racji bytu. Frontman nie wytrzymał zbyt długo i wskrzesił zespół, wydając niezwykle kontrowersyjne dzieło. Atakujące bezpardonowo Donalda Trumpa, „AmeriKKKant” zostało równie mocno skrytykowane przez fanów. Czy Wujek Al tym razem posunął się za daleko?

Największe kontrowersje wzbudził już pierwszy singiel z płyty, czyli ‚Antifa’. Jourgensen wychwala tutaj ekstremistyczną organizację często używającą siły jako argumentów. „Mam ci coś do powiedzenia/Poprę to swoją pięścią” – śpiewa Al w teledysku przystrojony w kominiarkę. „Nie jesteśmy płatkami śniegu/Jesteśmy Antifa!” – dodaje. Szczerze, dziwię się temu „bólowi dupy”, które wywołał utwór, jak i kolejne single – ‚Wargasm’ i ‚Twilight Zone’. Jeżeli w 2018 roku bulwersuje kogoś przekaz Ministry, to znaczy, że misja Jourgensena została spełniona i trafił on do kolejnego pokolenia. Myślę, że to, czy trafił tam przez uszy, czy przez odbyt jest dla niego kwestią drugorzędną. Czytając facebookowe i youtube’owe komentarze, z pewnością rozsiadł się w fotelu, wyszczerzył swoje sztuczne, wampirze zęby i z satysfakcją siorbnął kolejny łyk piwka.

Płyta nie jest szczególnie odkrywcza muzycznie, ale jest ważnym manifestem jednego z najbardziej oryginalnych i bezkompromisowych artystów w historii alternatywnego grania. Oczywiście, Ministry lata świetności ma już dawno za sobą, choć przyznam, że mnie osobiście nawet bardziej podchodzi klasyczne metalowe granie niż często ciężkostrawne eksperymenty z chociażby „The Land of Rape and Honey”. Jourgensen nie musi już nic udowadniać i nagrywa dokładnie takie rzeczy, na jakie ma ochotę. Wszechobecne skrecze modne były co prawda 20 lat temu na płytach Limp Bizkit, a z sampli Trumpa można by pewnie skleić całe jego przemówienie, ale ma to swój klimat.

W dzisiejszych czasach nawet taki rewolucjonista jak Jourgensen nie jest w stanie zaskoczyć brzmieniem, więc bardzo sprytnie sięgnął po kontrowersyjne treści. Już pierwszy rzut oka na okładkę ze Statuą Wolności robiącą facepalm i tytuł „AmeriKKKant” wygląda na ostrzeżenie – jeżeli podoba ci się dzisiejszy świat, a w szczególności jeżeli popierasz amerykańską rzeczywistość, broń Boże nie sięgaj po ten album! Z tyłu z tytułów utworów bardzo zgrabnie ułożono następujący komunikat:

Znam słowa… Czy to Strefa mroku? Czy jesteśmy po prostu Ofiarami klauna? Zmień kanał na TV5/4Chan, bo Mamy tego dość! Jeżeli masz Wojgazm, Antifa po ciebie przyjdzie. Koniec gry, AmeriKKKa… Naprawdę?

‚I Know Words’ to intro, w którym prezydent USA wyznaje z firmową skromnością, że „zna słowa, ponieważ jest bardzo dobrze wyedukowany”. To wszystko na tle kwartetu smyczkowego i wspomnianych skreczy, co można uznać za dość osobliwe połączenie, gdyby nie to, że słuchamy przecież albumu Ministry. Na planecie Ala wszystko jest możliwe. Intro przechodzi w posępny riff ‚Twilight Zone’, a Jourgensen zaczyna swoje wywody. W refrenie zgrabnie ubarwione harmonijką. ‚Victims of a Clown’ to kolejny 8-minutowy walec, tym razem bardziej industrialny i napędzany basem. W tle przewija się klasyczna mowa Wielkiego Dyktatora w wykonaniu Charlie Chaplina. Po krótkim przerywniku, wypełnionym kolejnymi samplami ‚TV5/4Chan’, wchodzi 3-minutowy, wręcz death metalowy ‚We’re Tired of It’, gdzie obowiązki wokalisty przejmuje Burton C. Bell z Fear Factory.

W ‚Wargasm’ recytuje on swoje ‚wspomnienia z wojny’, a Al śpiewa „Śmierć, władza i seks/Te rzeczy robimy najlepiej/Który kraj chce być następny?/Nie zostało wiele do zmolestowania”. Cóż, tekst bardzo trafny, szkoda tylko, że ulubieniec muzyka, nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla Barack Obama, nie zdecydował się za swojej podwójnej kadencji na zakończenie konfliktu zbrojnego w Iraku i Afganistanie. Mimo wszystko ‚Wargasm’ jest chyba najlepszym kawałkiem na albumie i razem z ‚Antifa’, pomimo osobliwej produkcji, tworzy centralną część płyty. Jak na razie, po siedmiu kawałkach, nie jest źle, choć na finał zabrakło już pary. ‚Game Over’ i ‚AmeriKKKa’ to rozciągnięte, niewyróżniające się niczym utwory, z których po wielokrotnym przesłuchaniu płyty nie zapamiętałem nic.

Na pewno „AmeriKKKant” nie jest płytą wybitną. Z drugiej strony nie rozumiem też fali hejtu na Ministry, choć ekstremalny przekaz jak widać musi budzić ekstremalne reakcje. Al na szczęście ma to w dupie – w 48 minut zgrabnie wyraził swój artystyczny manifest i zrobił to w sposób bezkompromisowy. Minusami są na pewno wszechobecne sample i skrecze, przez co samej muzyki w muzyce jest trochę za mało. Produkcja jest dość niecodzienna, wokal i gitary są cofnięte względem reszty, a jednak „AmeriKKKant” to album, po który najczęściej sięgam w ostatnich tygodniach.

Na szczęście nie ma obowiązku słuchania nowej płyty Ministry. Jeżeli czujesz się bezpiecznie w swoim fotelu i lubisz klasyczny metal, sięgnij po nową, bardzo dobrą płytę Judas Priest wydaną tydzień temu. Jeżeli jednak jesteś wkurwiony na świat, polityków, coraz bardziej absurdalne zakazy i nakazy oraz masz dość papki w wiadomościach – włącz „AmeriKKKant”. Wujek Al jest po twojej stronie.

Wyro(c)k

70%
70%
Highway to Hell

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    7
  • Instrumentarium
    6
  • Wokal
    7
  • Brzmienie
    7
  • Repeat mode
    8
  • Oceny czytelników (7 głosów)
    6.3
Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!