Minetaur: Recenzja albumu „Gravel Pit”

0

Nareszcie! Po tylu latach oczekiwań światło dzienne ujrzał debiutancki album warszawskiego Minetaura. Przynajmniej tak to wygląda w teorii, bowiem kapela ma na swoim koncie demo, jak i EPkę, dzięki którym dali o sobie znać na polskiej scenie muzycznej już wcześniej. Zatytułowany wdzięcznie „Gravel Pit”, choć od wspomnianej EPki („We Take It Seriously”) jest dłuższy o niecałe 10 minut, od strony muzycznej jest olbrzymim krokiem naprzód. Przede wszystkim już podczas pierwszego odsłuchu sprawia wrażenie spójniejszego, a kapela co raz śmielej sięga po nowe inspiracje, które małymi krokami wpływają na budowanie ich własnej tożsamości.

Na pierwsze zapożyczenia nie trzeba czekać zbyt długo, pojawiają się już w otwierającym ‚Trailblazer’, gdzie dominuje duch francuskiej Gojiry. Ten charakterystyczny sposób riffowania i wokali nie pozostawia złudzeń, a do tego dochodzi dzika praca perkusji, która w mgnieniu oka zaczyna wygrywać blasty (ku mojej uciesze deathmetalowych fragmentów będzie tu więcej niż poprzednio). Nie jest to regularna kompozycja, a jedynie intronizacja , mimo to odpowiednio dawkuje napięcie i wzbudza oczekiwania w związku z dalszą częścią wydawnictwa. Szkoda jednak, że muzycy nie pociągnęli tego pomysłu dłużej, wszakże to jeden z najbardziej zapadających w pamięć motywów na płycie. 

Tytułowy utwór jest z kolei oczkiem puszczonym w stronę fanów Lamb of God (którego wpływy coraz bardziej przebijają się w twórczości „Minet”). Ujawnia wszystkie najlepsze cechy zespołu, chociażby umiejętność łączenia agresji z przebojowością. Kompozycja ta wprost atakuje z niepohamowanymi pokładami energii. Podobnie zresztą sprawa wygląda z singlowym ‚Hammered’ (do którego powstał świetny sentymentalny teledysk) – kawałka, który co prawda niczym specjalnym się nie wyróżnia na tle reszty, ale po prostu solidnie kopie dupsko i z pewnością stanie się koncertowym killerem. Mimo przewidywalności słuchanie tego albumu to czysta przyjemność! Mam świadomość, że zapożyczenia mogą być dla niektórych barierą nie do przekroczenia, jednakże od początku istnienia kapeli było wiadomo, że nie w innowacyjności drzemie ich siła. 

Ciekawostką jest z pewnością utwór ‚One Milion Forms Deforming’, który choć zaczyna się w typowym dla Minetaura stylu, niespodziewanie zmienia klimat. Zabawa ustaje, przestery milkną, a z głośników wydobywają się mistyczne inkantacje pochodzące z „Księgi Prawa” legendarnego okultysty Aleistera Crowleya (którego teksty gościnnie wyrecytował producent płyty, Haldor Grunberg). Takie drobne smaczki pozytywnie wpływają na urozmaicenie materiału, zwłaszcza takiego, który z założenia ma być szybkim strzałem.

Lekkie zaskoczenie spotkało mnie również słysząc Nashvi…. przepraszam ‚Navilsh Pussy’. Utwór jest oczywistym hołdem w stronę klasyków południowego grania i niejako powrotem do korzeni samego Minetaura. Choć zdecydowanie nie należy do moich faworytów, rozluźnia napięcie i wprowadza powiew świeżości na ‚Gravel Pit’. Oczyma wyobraźni zabiera w podróż do najbardziej typowego amerykańskiego baru, gdzie bourbon leje się cały dzień i noc. Kluczowym momentem jest zamykająca go solówka, gdzie Piotraz oddaje pokłony Dimebagowi Darrellowi. No ale jednak ten Washburn, w którego jest posiadaniu, do czegoś zobowiązuje.

Krążek zamyka mozolny ‚Swamp Town’, będący moim osobistym faworytem! Muzycy pozwolili sobie poeksperymentować w nim bardziej niż dotychczas – to ślamazarne mielenie kilku motywów, ale w szalenie intrygujący sposób. Tytuł jest bardzo adekwatny, bowiem riffy rzeczywiście wciągają swoją motoryką, nie powodując przy tym znużenia (co przy tak „prymitywnych” kawałkach zdarza się nagminnie). Duża w tym zasługa Vtoralesa, nowego perkusisty, który jest cichym bohaterem płyty. To właśnie on utrzymuje groove w ryzach i sprawia, że proste southernowe riffy zyskują nowe życie i wyróżniają na tle licznej konkurencji (także tej zachodniej).  

Kilka słów o brzmieniu – za miks i mastering odpowiedzialny jest weteran polskiej sceny, wspomniany wcześniej Haldor Grunberg (THAW, Mentor). No i tutaj odczuwam mały zgrzyt, bo choć od strony technicznej wszystko zrealizowane jest poprawnie i nie odstaje od standardów, w brzmieniu czegoś mi brakuje. W dużej mierze jest to kwestia mało wyeksponowanej perkusji, która w innych produkcjach tego typu brzmi po prostu bardziej soczyście. 

Samo wydawnictwo zostało wydane w eleganckim matowym digipacku, którego layout został zaprojektowany przez hiszpańskie Branca Studio. Postawiono na minimalizm – motywem przewodnim są młot i kowadło. Muzyka znajduje się między nimi, co już samo w sobie jest zapowiedzią i wskazówką czego można się spodziewać. Zdecydowanie mniej imponująco prezentuje się wkładka, która ogranicza się jedynie do dwóch stron – z podziękowaniami i tekstami. Oczywiście ten minimalizm ma sens, biorąc pod uwagę całokształt, jednakże w tym aspekcie czuję niedosyt i myślę, że można to było zrobić bardziej elegancko. 

Po niespełna 30. minutach podróż dobiega końca! Podróż składająca się z siedmiu kompozycji przepełnionych autentycznością, luzem, dobrą zabawą i ogromną ilością południowych trunków. Ogromną zaletą jest też wręcz podręcznikowy czas trwania – na tyle by zaostrzyć apetyt, ale nie zanudzić słuchacza. Bardzo imponuje mi, że muzycy nie próbują na siłę wymyślać koła na nowo. Grają po prostu to co lubią, a przy tym świetnie się bawią.

Pytanie tylko co dalej. Bo w łączeniu różnych patentów są już mistrzami (płyta kipi od pomysłów i inspiracji – od Lamb of God, przez Superjointa, scenę HC, po Decapów), aczkolwiek ta formuła też ma swoje granice i mam nadzieję, że Warszawiacy nie zaczną wkrótce zjadać własnego ogona. Hasło z jakim Minetaur się utożsamia „Warsaw Southern Death Metal est. 2012” zaczyna być marką samą w sobie. Formację z czystym sumieniem można nazwać czymś więcej, niż zwyczajnym klonem Pantery, z którym wiele osób utożsamiało ich wcześniej!

Data premiery: 21 marca 2017
Wytwórnia: 
płyta wydana własnym sumptem
Sprawdź w pierwszej kolejności:
 ‚Swamp Town’, ‚Gravel Pit’

Dla fanów: Lamb of God, Gojira, Pantera

01. Trailblazer
02. Gravel Pit
03. Concreting
04. One Million Forms Deforming
05. Navilsh Pussy
06. Hammered
07. Swamp Town

Wyro(c)k

78%
78%
2 Minutes to Midnight

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    8.5
  • Instrumentarium
    8
  • Brzmienie
    7
  • Repeat mode
    7.5
  • Oceny czytelników (4 głosów)
    5.8
Udostępnij to

O autorze

jamic

Wielbiciel muzycznych kontrastów - moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.