Megadeth – „Super Collider”: recenzja

0

Najnowszy album Megadeth, który ukazał się na początku czerwca, miał dla mnie pewne specyficzne znaczenie – ich poprzedni krążek TH1RT3EN był moją pierwszą recenzją na łamach DeathMagnetic.pl, i pomyślałem, że oto historia zatoczyła koło. W kilka dni po premierze zabrałem się ochoczo do odsłuchu Super Collider  – raz, drugi, trzeci, piąty, dziesiąty. Kilka pierwszych przesłuchań wywołało u mnie dysonans. Pomyślałem, że potrzeba mi krótkiej przerwy. Po tygodniu wróciłem do krążka i efekt był dokładnie ten sam, potem znowu kolejne podejście… Skąd te przerwy i wątpliwości?

Megadeth-Super-Collider-cover

Zanim przejdę do pierwszego numeru faktem wartym odnotowania jest to, że Super Collider to pierwsza płyta od czasu wydanego w 1997 roku Cryptic Writings, która powstała w identycznym składzie personalnym, co jej poprzedniczka. Wujek Dave jak wiadomo nigdy nie grzeszył gładką kooperacyjnością i współpracą, jednak ten sam skład po wielu latach dawał niektórym nadzieję, iż oto od czasów legendarnej czwórki Mustaine-Menza-Ellefson-Friedman (foto niżej), zobaczymy znowu choćby małe odrodzenie tak cenionej ery, tym bardziej, że z wymienionego składu od jakiegoś czasu przez ramię bas ponownie przewiesza Ellefson. Matematyka dawała więc już na dzień dobry połowę tamtej legendy.

Mustaine-Menza-Ellefson-Friedman

Wbrew moim wspomnianym na wstępie wątpliwościom album zaczyna się bardzo dobrze. Kingmaker uderza z siłą godną kultowej ekipy ze zdjęcia powyżej. Energiczne tempo, mocny otwierający riff, Dave ze swoim charakterystycznym wokalem, bujający refren – czego chcieć więcej? Niestety już drugi kawałek, czyli tytułowy Super Collider, zaczął napawać mnie niecnymi podejrzeniami, że oto Mustaine zapragnął zrobić coś na kształt albumu Risk, czyli mówiąc wprost podciągnąć słupki sprzedaży. Tym bardziej, że Super Collider przez ten czas słyszałem nieraz w tak zwanych komercyjnych stacjach radiowych. Czy to dobrze czy źle? To zależy jak na to spojrzeć. Jednak aby klasycznie thrashowy zespół mógł to zrobić, musi mocno nagiąć swoje muzyczne zasady. 

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=PZhqZAVGTqw

Kolejny Burn jak nic potwierdza tę teorię. No i ten tekst Burn, baby burn… ‚cause it feels so good – przepraszam, czy tu na pewno grają thrash metal? Sytuację (tylko na chwilę) ratuje Built For War, gdzie szczególne brawa należą się za pomysł na linię wokalu, głównie mowa o melodyjnej wstawce podkreślającej linię gitar. I lepiej podelektujcie się tym kawałkiem, następny Off the Edge, to powrót do coraz większych wątpliwości przy słuchaniu tej płyty.  Liczycie na poprawę? Dave też – wyników sprzedaży, Dance In the Rain znowu jak nic nasuwa skojarzenia, że ten numer nagrał księgowy. Choć jest tu pewna iskierka nadziei, kompozycyjnie ta nuta może przywodzić na myśl album Youthanasia, chyba jedyne udane wydawnictwo, które łączyło takie granie z próbą wprowadzenia thrash metalu na salony przez Megadetg. Zapewne to odczucie w tym stricte przypadku potęguje gościnny udział jegomościa, którym jest  David Draiman czyli wokalista Disturbed. Nieomalże podobne wrażenia odniosłem w kolejnym Beginning of Sorrow.

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=adO4BHapl1s

Miłą odmianę mamy w The Blackest Crow, początek brzmi jak rodem wyjęty z filmów gdzie ze spluwą sprawiedliwość wymierza nie kto inny jak sam Clint Eastwood, być może Brudny Harry i Rudy Dave powinni pomyśleć o filmowo-muzycznej kooperacji, kawałek choć może nie brzmi jak klasyka Megadeth, to filmowo-metalowo mógłby się świetnie sprawdzić.

Po iskierce nadziei wracamy do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o co chodzi, tym razem w Forget To Remember. Przeważnie jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – cóż można napisać o tym numerze? Po prostu jest. Niestety równie podobnie brzmią Don’t Turn Your Back czy Cold Sweat – próba zagrania jakiegoś niegroźnego riffu a potem melodyjny refren, panie Mustaine, to jednak chyba za mało aby fanom Megadeth zapaść w pamięć, choć muszę przyznać, że solowa kanonada w tym drugim robi wrażenie.

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=Mk4Eeu7-XFc

W wersji na rynek japoński mamy dodatkowo dwa numery All I Want A House Divided no cóż, są – tylko tyle i aż tyle.

Podsumowując – Megadeth tym razem wyraźnie się nie popisał. Dlaczego? Głównie przez oczekiwania, które w przypadku tej grupy są zawsze duże i nie zawsze są to oczekiwania dotyczące jak najlepszych wyników sprzedaży. Chyba nikt nie liczy na to, że grupa nagra następcę Rust In Peace, ale zwroty akcji w tym kierunku też nie są najlepszym wyjściem. Nie przekonują mnie też tłumaczenia i teorie jakie Mustaine próbuje dorabiać do tej płyty. Szkoda tylko, że jego pobratymcy działający pod szyldem Metallica zajmują się wszystkim tylko nie nową płytą, a wielki Slayer w ciągu ostatnich paru miesięcy przekształcił się w $layer. No cóż, takie czasy widać.

httpvh://www.youtube.com/watch?v=7OnghZLTf0E

Udostępnij to

O autorze