Materia: Recenzja płyty „We Are Materia”

1

Pierwsza płyta Materii, „Case of Noise” dała mi w pysk dokładnie dwa razy – raz dostałem od starego Meshuggah z czasów „Destroy Erase Improve” i „Nothing” a z drugiej strony zaatakowały mnie jazzowo-metalowe riffy wprost z The Dillinger Escape Plan. Podobnie sprawa wyglądała z wokalami – dominował growl, jednak melodie sprytnie wplatane w djentowy hałas nie pozwalały zapomnieć o poszczególnych kawałkach. Szaleństwo, wrzask i masa świeżo brzmiących pomysłów powodowały, że to właśnie „Case of Noise” pozamiatało nami po całej linii. Tym bardziej z tęsknotą i niemalejącym podnieceniem zwracaliśmy nasze głodne połamanego rytmu oczy w kierunku nowego krążka polskich metalowców, „We Are Materia”. Przesłuchałem ten album już około 20 razy i… w gruncie rzeczy nie mam go dosyć, ani trochę.

Wydawnictwo to różni się jednak znacząco od „Case of Noise”, a ów rozwój zespołu widoczny jest od pierwszych sekund. Jak wspomniałem, pierwsze spotkanie z poprzednim albumem zespołu to mieszanka „Dillingerów” z Meshuggah. Początkowe sekundy „We Are Materia” to bardziej silne uderzenie z pięści od szwedzkich djentowców i leciutki „plaskacz” od The Dillinger Escape Plan. Materia skręciła znacznie w stronę siedmio/ośmiostrunowych wioseł, ciężaru i połamanego metrum zmniejszając przebojowość i użycie melodii do minimum.

„We Are Materia” zapada w pamięć nieco inaczej. Kompozycje są dopracowane i wyżyłowane do absolutnego maksimum – brzmienie jest doskonałe, a każdy detal brzmi tutaj tak, jakby był nagrywany dziesiątki, jeśli nie setki razy. Ta dokładność rozbrzmiewająca w dziesiątkach rewelacyjnych riffów powoduje, że w wolnych chwilach nuci się w myślach nie wokalne melodie, a właśnie gitarowe patenty, od których każdy utwór aż kipi.

materia2

Nie oznacza to jednak, że zrezygnowano z lżejszych momentów czy inspiracji jazzem, które tak bardzo potrafiły opuścić w dół szczęki fanów obecnych na koncertach. Utwory takie, jak „Wasted”, „Place to Find Part I” czy „Air” zachowują starego ducha Materii nie pozwalając omawianemu krążkowi stać się „zwykłym” djentem. To właśnie zręczne wplatanie takich fragmentów w mocarne, ciężkie brzmienie powoduje, że po około 47 minutach trwania albumu zadajemy sobie pytanie: „To już? Naprawdę koniec?” i włączamy album jeszcze raz.

Jest w tym krążku coś, co niesamowicie przyciąga, mimo braku tak dużej dozy oryginalności cechującej „Case of Noise”. „We Are Materia” w ogromnej większości realizuje kanon swojego gatunku wrzucając na twarz uśmiech właściwie w każdej chwili czymś znakomitym i nieuchwytnym. Na pierwszy rzut oka jest to bezbłędne brzmienie, potężne riffy i mocny wokal – jednak to nie wystarczy, by przykuć słuchacza na ponad 20 osłuchów. A jednak nowemu krążkowi Materii ta sztuka się udaje – od pełnego mocnych riffów otwierającego album ‚Cry Forever’, przez kopiące tyłek ‚Wasted’, aż po długie i transowe ‚My Land’.

Ta grupa po prostu dojrzała, wskoczyła w garnitur. Idealnie skrojony, elegancki, wyglądający na cholernie drogi i szykowny. Nie jest to album gorszy od „Case of Noise”. Należy sobie jedynie zadać pytanie co komu bardziej odpowiada – grupa szaleńców ubrana w podarte ciuchy, czy bardziej doświadczeni muzycy składający każdy dźwięk z chirurgiczną precyzją. Tę decyzję pozostawić trzeba słuchaczom – oba albumy są świetne. Zostawmy jednak porównania do poprzedniego krążka Materii. „We Are Materia” to kawał dobrej muzyki – to djent, który nie nudzi, to brak przesadnych instrumentalnych popisów, to wreszcie mieszanie potężnej ściany dźwięku z transem. Czas najwyższy wcisnąć „play” po raz dwudziesty… któryś. I wciąż czerpać z tego nieskrywaną radochę.

84%
84%
Ace of Spaces

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    7
  • INSTRUMENTARIUM
    8
  • WOKAL
    8
  • BRZMIENIE
    10
  • REPEAT MODE
    9
  • Oceny czytelników (10 głosów)
    8.8
Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.