Lux Perpetua: Recenzja „Curse of the Iron King”

0

Czasem przychodzi dla mnie taki moment, kiedy, kierowany nostalgią, wracam do muzyki której słuchałem lata temu (Avantasia jest wyjątkiem, są zajebiści zawsze). Tym razem robię sobie wycieczkę do czasów licealnych, kiedy power metal był dla mnie kwintesencją idealnej muzyki. Na tę sentymentalną podróż zabrał mnie krążek „Curse of the Iron King” polskiej kapeli Lux Perpetua. Cóż mogę rzec – that was a hell of a journey.

Od początku. Lux Perpetua to polski zespół z Warszawy, działający pod tą nazwą od 2009 roku. W 2014 roku wydali EPkę „Forever We Stand”, pod koniec lutego bieżącego roku wydali swoją debiutancką płytę „Curse of the Iron King”. Kapela liczy sobie sześć osób, to co zaś grają można śmiało nazwać klasycznym power metalem.

Do nowych płyt power metalowych podchodzę z pewnym dystansem. Trudno jest zagrać coś, co będzie brzmieć ciekawie w tak już przeoranym gatunku. Przekonał się o tym chociażby Rhapsody of Fire (który uwielbiam) na swojej ostatniej płycie. Toteż zasiadając do przesłuchania „Curse od the Iron King” miałem obawy. Które minęły po około 2 minutach. Płyta leci w pętli trzeci raz, w momencie jak to piszę, ja zaś entuzjastycznie kiwam głową.

Na płytę składa się 12 utworów, 11 głównej kompozycji oraz bonusowy, dwunasty. Łącznie mamy 54 minuty wzniosłej, miejscami mocno pompatycznej (w dobrym znaczeniu), spektakularnej muzyki.

Przepis na udany power metal nie jest trudny – melodyjne, szybkie gitary, solówki z kosmosu, Gatling podpięty pod perkusję, dobre symfoniczne elementy i charyzmatyczny wokal. Całość dopełniają utwory które skandować będzie cała publiczność. Ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem tutaj wszystko. Mamy utwory takie jak ‚Army of Salvation’ przy których noga aż sama rwie się do tupania, mamy też ‚An OId Bard’, o nieco spokojniejszym podejściu, nie tracąc jednocześnie powerowego pazura. Znalazło się też miejsce na klasyczną balladę, w postaci kawałka ‚Eversong’.

Trudno mi znaleźć jakąkolwiek wadę na tej płycie. Wszystko jest tak jak powinno być. Mamy fantastyczne kompozycje, urywające wszystko riffy, szybkie i mięsiste solówki, potężną perkusję. Nawet największa bolączka każdej kapeli powerowej, czyli klawisze, są tutaj ogromną zaletą. Nie są to typowe, kiczowate wstawki symfoniczne, a naprawdę świetne uzupełnienie utworów. Są momenty w których to właśnie sekcja klawiszowa wychodzi na przód (jak choćby początek ‚Desert of Destiny’ czy też zamykający główną część płyty ‚Consolation’) i kolokwialnie mówiąc – robi robotę. Oczywiście, nie jest to pełnoprawna orkiestra, ale nie ujmuje to w żaden sposób jakości tego co otrzymujemy.

Kolejnym niezwykle mocnym punktem jest wokal. Tutaj też wiele zespołów się wysypuje. Lux Perpetua dostarcza nam charyzmatyczne, ciekawe wokale. Rosa operuje bardzo dobrym, wszechstronnym głosem, z którego wyciąga chyba wszystko co się da. Potrafi zarówno wysoko zapiać jak i zaśpiewać niżej.

Nie będę ukrywał, nie umiem przestać się zachwycać. Uwielbiam power metal i choć nie słucham go na co dzień tak jak w liceum, jest to nadal gatunek który mnie po prostu urzeka i kupuje za każdym razem, jeśli jest dobry. W tym momencie nic więcej, jak pogratulować Lux Perpetua, udało wam się mnie kupić całkowicie. Gdybym miał przyzwać z głowy gdzie mnie powiodła wasza muzyka, na pewno byłoby to Rhapsody of Fire, Gamma Ray, czy też Helloween. Fantastyczna, fantastyczna płyta, oby tak dalej.

P.S. Okładka mnie bardzo rozbawiła, szczególnie ten Ghost Rider obok Krzyżowca.

Wyro(c)k

9.2 Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway To Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master Of Puppets

  • Pierwsze wrażenie 9,5
  • Instrumentarium 9
  • Brzmienie 9
  • Wokal 9
  • REPEAT MODE 10
  • Oceny czytelników (8 głosów) 9.5
Udostępnij to

O autorze

Wrocławianin, rocznik 92. Muzyką zainteresował się grzebiąc w kasetach ojca, zasłuchując się w Tangerine Dream i Kraftwerk. Z wykształcenia geolog. Fan muzyki atmosferycznej, poetycznej, nawet w najbardziej melancholijnej odsłonie. Wierny fan Avantasii i Stevena Wilsona.