Lamb of God: Recenzja albumu „VII: Sturm Und Drang”

0

Zespoły które stanowią absolutny szczyt jakiegoś gatunku nie mogę sobie pozwolić na po prostu ‘dobre’ albumy. Zwłaszcza jeśli dotychczasowa kariera takiej kapeli usiana była nagraniami miażdżącymi i definiującymi nie tylko brzmienie jej samej, ale całej muzycznej gałęzi na której się znajduje. Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. Najlepszym przykładem jest Slayer. Końcówka lat 80 była triumfem thrash metalu i czasem jego panowania. Z krwawego tronu z dwuletnimi przerwami spływały takie doskonałe dzieła jak „Reign In Blood”, „South of Heaven” i „Seasons In The Abyss”. Minęły 4 lata i fani doczekali się w końcu następcy tych arcydzieł w postaci „Divine Intervention”. Zespołowi oberwało się po głowie, lekko mówiąc, niepochlebnymi recenzjami. Dlaczego? Przecież to ‘dobry’ album.

lamb of god

W stronę Lamb of God po premierze wylało się szambo niepochlebnych opinii. Ich autorami byli w większości fani nieusatysfakcjonowani poziomem i odmiennością materiału jaki podał im ich ukochany zespół. Tymczasem większość komentarzy ze średnimi i dobrymi ocenami wypłynęła ze strony bardziej obiektywnych lub mniej zaangażowanych emocjonalnie słuchaczy. Jednak większość opinii waha się w przedziale ‘dobry’. Właśnie, tylko ‘dobry’. ‘Dobre’ albumy wydają mniejsze zespoły. Taki zespół może sobie pozwolić co najmniej na krążek ‘bardzo dobry’.

„VII: Sturm Und Drang” zaczyna się bezpardonowo. Bez kwiecistych, akustycznych ozdobników (patrz: „Wrath”), czy powolnych marszowych hymnów mających rozgrzać przed burzą (patrz: „Resolution”). Nie jest to żadną nowością w historii Lamb of God, ‘Still Echoes’ w żadnym aspekcie nie ustępuje takim potężnym killerom jak ‘Laid To Rest’, czy ‘Walk With Me In Hell’. Wszystko co składa się na ten utwór to petarda. Zarówno praca perkusji i gitar, jak i wokal Blythe’a. Nie bez powodu został wybrany na pierwszy singiel, ponieważ jest to jeden z najbardziej zapadających w pamięć momentów całego albumu. Nie mogę niestety powiedzieć tego o numerze numer 2, czyli ‘Erase This’. Niby ponownie zawarte są w nim wszystkie dobrze znane i sprawdzone patenty na brzmienie, jednak nie ratuje go zabieg do tej pory nieużywany w historii zespołu w postaci talk boxu. ‘Erase This’ jest bez wątpienia kolejnym strzałem między oczy, jednak tym razem nie pozostaje po nim na dłuższą metę żadnego śladu.

‘512’ to dzieło skończone pod względem gęstej i mrocznej atmosfery. Powolna jak na standardy Lamb of God gitara i szorstka melorecytacja Randy’ego sprawiają, że ciarki przebiegają po plecach przy każdym odsłuchu. Spora w tym zasługa również samego tekstu, który jest jednym z najlepszych w całym dorobku Blythe’a. Zwłaszcza mając świadomość tego, że powstał on zainspirowany doświadczeniami z procesu i towarzyszącemu mu pobycie w czeskim więzienia (512 to również numer celi Randy’ego).

Ciśnienie przed premierą podnosiły mi dodatkowo zapowiedzi gościnnych udziałów na krążku Chino Moreno i Grega Puciato. Jestem fanem zarówno Deftones jak i The Dillinger Escape Plan, stąd moje narastające zniecierpliwienie, któremu towarzyszył jednocześnie niepokój. Gościnne wokale to zupełnie nowy wynalazek w dorobku Lamb of God, jednak bardziej obawiałem się, czy wokaliści z tak odmienną barwą głosu niż ta, którą dysponuje Blythe podołają takiemu wyzwaniu. I ze sporym rozczarowaniem muszę stwierdzić, że predyspozycje obu panów zostały niewykorzystane. Partie Moreno w ‘Embers’ są doklejone jakby na siłę i zupełnie nie pasują do nastroju utworu, burząc jego kompozycję. Z numerem z gościnnym udziałem Puciato wiązałem nawet większe nadzieje. Wokalista Dillingera ma potężny wokal, który zestawiony z niskim growlem Blythe’a mógłby zaowocować agresywnym i wściekłym numerem. Ostateczny efekt jest jednak rozczarowujący. Puciato pojawia się tylko w tle śpiewając czysto, podczas gdy utwór rozpoczyna się melorecytacją Randy’ego przywołującą na myśl Coreya Taylora.

Aż do tego momentu nie wiem tak naprawdę co myśleć o ‘Overlord’. Od pojawienia się pierwszej power ballady Lamb of God aż do teraz mam mieszane uczucia. Utwór niemal w całości oparty na czystych wokalach jest ewenementem i czymś interesującym w kontekście Baranka, a Blythe w roli ‘piosenkarza’ sprawdza się nie najgorzej. Jednak Lamb of God nigdy nie był zespołem ‘ballads friendly’, a ich utwory miały po prostu kopać. I mimo że wokal jest tu o dziwo lepszy niż można by się spodziewać po wokaliście którego głównym wyrazem ekspresji jest krzyk, to na dłuższą metę mógłby być nużący. Jako eksperyment może się sprawdzać, jednak błagam was panowie, nie idźcie tą drogą.

„VII: Sturm Und Drang” to nie tylko mroczna atmosfera ‘512’, balladowość ‘Overlord’ i Taylorowe melorecytacje w ‘Torches’. Dostajemy także to, po co przyszliśmy, czyli utwory stworzone do moshu i headbangingu. Oprócz ‘Still Echoes’, czy ‘Erase This’ na pierwszy plan wybijają się takie utwory jak ‘Footprints’ z wejściem perkusji w stylu znanym z „Wrath”, szybkie i ciężkie ‘Anthropoid’ i jeden z moich faworytów ‘Delusion Pandemic’. Jednak być może trzeba za to winić po części produkcję i miks, ale brakuje tu momentów, które swoim ciężarem faktycznie powalają i zapadają w pamięć. Poza kilkoma momentami, które zostają jeszcze na długo po przesłuchaniu „VII: Sturm Und Drang”, większość albumu wlatuje jednym uchem i nie do końca przetrawiona wylatuje drugim. Lamb of God mieli już na swoim koncie eksperymenty z żonglerką nastrojami jak to było na przykład przy zestawieniu akustycznego ‘Barbarosa’ z ciężkim ‘Invictus’ na „Resolution”. Ostatniemu albumowi LoG brak balansu, przez co fragmenty mające spory potencjał gubią się przytłoczone niepasującym brzmieniem (patrz: partie Chino Moreno w ‘Embers’).

Poprzednika „VII: Sturm Und Drang”, czyli „Resolution” słuchało się niczym domkniętej opowieści z miażdżącym początkiem, chwilą oddechu przed burzą w środku i absolutnie epickim zakończeniem. Na ostatnim krążku Lamb of God tego nie doświadczymy. Mimo że początek jako taki istnieje (‘Still Echoes’ to mimo wszystko dobry wybór na otwarcie), to brak logicznego i spójnego rozwinięcia i utworu ostatniego, który klamrą zamykałby i podsumowywałby całość. Po cichu liczyłem na kontynuację klimatu osiągniętego w ‘King Me’. Niczego takiego tu nie doświadczymy, a co najgorsze nie dostrzegłem też klarownej puenty. Można odnieść wrażenie, że fani dostali po prostu zbiór utworów.

„VII: Sturm Und Drang” nie jest albumem złym. Ma swoje lepsze i gorsze momenty. Ostatecznie Lamb of God wychodzi z tarczą. Dostajemy album (słowo klucz) dobry. Nie tego jednak oczekuje się po zespole tego formatu. Baranek to wciąż jeden z najlepszych zespołów koncertowych na całej scenie metalowej i nie zapowiada się na zmiany w tej kwestii, jednak na „VII: Sturm Und Drang” brzmią jakby próbowali rzeczy co do których nie są do końca przekonani i nie całkiem wiedzą jak wykorzystać dane im możliwości. Co dalej? Wasz ruch panowie.

Lamb of god - Still Echoes

Wyro(c)k

69%
69%
Highway to Hell

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze Wrażenie
    6.5
  • Instrumentarium
    7.5
  • Wokal
    7
  • Brzmienie
    6
  • Repeat Mode
    7.5
  • Oceny czytelników (14 głosów)
    7.5
Udostępnij to

O autorze

Michał Smoll

"Knight Rider" to był dopiero serial.