Judas Priest: Recenzja płyty „Firepower”

0

Judas Priest dokładnie za miesiąc wyda swój osiemnasty studyjny album. Choć wydaje się, że panowie chcieli zrobić prezent paniom z okazji Dnia Kobiet, to płyta jest na szczęście skierowana do wszystkich fanów heavymetalowego grania. No właśnie, pytanie tylko, czy to będzie udany upominek?

Zacznijmy może od garści informacji. „Firepower” to całkiem długi album, co jest raczej na porządku dziennym w przypadku tej kapeli. Całość trwa mniej więcej 58 minut i jest zbiorem 14 utworów. Od wydania ostatniego krążka minęły już cztery lata. Zespół w kwestii produkcji po raz kolejny postawił na Toma Alloma, z którym współpracował już przy wydawaniu „British Steel”, „Screaming for Vengeance” i „Defenders of the Faith”. Grupa zdecydowała się wydać jako single utwory ‘Firepower’ i Lightning Strike’. Nazwa, delikatnie mówiąc, raczej nie powala. Podobnie zresztą jak okładka. W jednym z wywiadów basista bandu został zapytany o to, czy ma być to jakieś sprytne nawiązanie i gra słów odnosząca się do określenia „flower-power”. Niestety, muzyk odpowiedział, że nie zwrócili na to uwagi. A szkoda, bo byłoby to chyba już sporo ciekawsze i bardziej zadziorne. Zespół przyznaje, że „Siła ognia” jest mocnym tytułem, który pasuje do nastroju całości i wyraża moc muzyki. Czy tak rzeczywiście jest, przekonamy się. Muzycy twierdzą także, że w okładce nie warto doszukiwać się jakiegoś symbolizmu, gdyż przedstawia jedynie dynamizm. No dobra, to chyba im się akurat udało. Miejmy jednak nadzieję, że środek będzie nieco lepszy niż oba te elementy.

Znamy już z grubsza najważniejsze informacje. Czas więc przejść do tego, co najistotniejsze, do meritum, czyli zawartości. Dobra. Bądźmy szczerzy i wyjaśnijmy to sobie od razu na początku, żeby nie było nieporozumień. „Nostradamus 2” to to nie jest. Jeśli mieliście taką nadzieję, to muszę Was zmartwić. Nie tędy droga. Zresztą, raczej chyba już nikt na to nie liczy. Sama grupa zapewnia, że jedna z najlepszych płyt w dorobku zespołu i jednocześnie spora odskocznia od standardowego materiału była eksperymentem, który zamierzali zrobić jednorazowo. Zatem „Redeemer of Souls 2”? Zdecydowanie bardziej, żeby nie powiedzieć, że dokładnie tak trzeba by to nazwać. Mimo zapewnień zespołu, że jest to całkiem inny album, to jednak chyba nie do końca tak wyszło. Zdanie się na opinię producentów czy nagrywanie w studiu wszyscy razem pierwszy raz od dawna wcale nie dało zaskakująco innego efektu. Zaznaczę jednak, że moim skromnym zdaniem to wydawnictwo jest nieco gorsze od swojego poprzednika. Odrobinę mniej chwytliwe, różnorodne i zapadające w pamięć.

Gorsze nie znaczy jednak, że słabe. To naprawdę solidny, heavymetalowy album, który ma w sobie ogień. Typowe, judasowe granie, do którego zespół zdążył już nas przyzwyczaić. Panowie pokazują, że mimo wieku naprawdę są w formie i trzymają dobry, równy poziom, co może wzbudzać niemały szacunek. Single w tym wypadku są odwzorowaniem klimatu płyty, która utrzymana jest raczej w szybkich, energicznych melodiach. Oprócz wspomnianych singli dobrze oddają to utwory, takie jak chociażby: ‘’Necromancer’, ‘Rising From Ruins’ czy ‘Never The Heroes’ (Tak na marginesie, ostatni z wymienionych numerów bardzo przypomina kawałek z ostatniej płyty.). Proste, ale dobre riffy, całkiem chwytliwe refreny i tradycyjny wokal Halforda wspierany przez potężną ścianę gitar, basu i perkusji. Dodatkowo w niemal każdym utworze znajdziemy niezłe, melodyjne solówki, które świetnie dopełniają całości. Zarówno warstwa wokalna, jak i muzyczna stoi na wysokim poziomie. Wszystkie z wyżej wymienionych utworów naprawdę zasługują na pochwałę. Podobnie zresztą jak ‘Spectre’, ‘Traitors Gate’ czy ‘Children of the Sun’, który dodatkowo wyróżnia się ciekawym zwolnieniem rytmu w środku kompozycji. Śpiew Roba standardowo raz oscyluje w niższych rejestrach, a raz wchodzi na wyżyny. Mam jednak wrażenie, że na płycie nie ma aż tak dużo halfordowego piania, nad czym osobiście delikatnie ubolewam. Rzuciła mi się jednak w uszy inna cecha. Otóż w ‘Evil Never Dies’ oraz ‘Spectre’ wokalista śpiewa jak gdyby w bardzo mustaine’owym stylu, co jest całkiem interesującą odskocznią. Oprócz standardowych, energicznych kompozycji na uwagę zasługują moim zdaniem trzy utwory. Pierwszym jest ‘Flame Thrower’, który jest utrzymany w nieco innym, bardziej rockowym klimacie dodającym świeżości na płycie. Kolejnym wyróżniającym się, odrobinę odmiennym numerem jest ‘Lone Wolf’. Brzmi ciężej niż reszta kawałków i jest utrzymany w lekko sabbathowym stylu. Jedna z fajniejszych kompozycji na płycie. Ostatni zdecydowanie inny kawałek od większości to zamykająca album ballada ‘Sea of Red’, która trochę wszystko uspokaja i równoważy energetyczny początek. Judas Priest wchodzi z kopem, ale zostawia nas w nieco melancholijnym, refleksyjnym nastroju.

„Brzmi monumentalnie. Wysadzi was z obuwia. Jesteśmy podekscytowani. Wielki metalowy potwór już się wyłania i przybędzie na początku przyszłego roku, co zbiegnie się w czasie z trasą po świecie.”

Tak komentował najnowszy album Rob Halford i właściwie to się z nim zgadzam, choć kapcie nadal na nogach mam. Wielki metalowy potwór? Chyba tak. Może nie żeby od razu mnie pożarł, ale z pewnością nieźle postraszył. Album rzeczywiście brzmi całkiem potężnie i monumentalnie. Robi wrażenie, choć po pierwszym przesłuchaniu może się trochę wydawać, że wszystko jest bardzo podobne. Może nie jest to aż tak różnorodny i wszechstronny krążek, o jakim muzycy mówili, ale też na pewno nie jest jednakowy. Warto jednak dać sobie trochę czasu, a jemu szansę, bo choć na miano najbardziej odkrywczego na świecie nie zasługuje, to jest to naprawdę bardzo dobre wydawnictwo.

„Firepower” nie jest rewolucją. Nie jest też odkryciem ani objawieniem. To jednak wciąż naprawdę porządny, na wskroś heavymetalowy album i potężna dawka muzycznego kopa. Proponuję więc, aby zamiast narzekać i oczekiwać cudów, cieszyć się z tego, co jest. Panowie nadal naprawdę dają radę i tworzą materiał, do którego wiele młodszych kapel wciąż nie dorasta. Korzystajmy z tego, zanim kolejna legenda opuści scenę, najlepiej, udając się na ich koncert w czerwcu.

1. „Firepower”
2. „Lightning Strike”
3. „Evil Never Dies”
4. „Never the Heroes”
5. „Necromancer”
6. „Children of the Sun”
7. „Guardians”
8. „Rising from Ruins”
9. „Flame Thrower”
10. „Spectre”
11. „Traitors Gate”
12. „No Surrender”
13. „Lone Wolf”
14. „Sea of Red”

Wyro(c)k

75%
75%
2 Minutes to Midnight

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    6
  • Instrumentarium
    8
  • Wokal
    8
  • Brzmienie
    8
  • Repeat mode
    8
  • Kompozycje
    7
  • Oceny czytelników (8 głosów)
    5.7
Udostępnij to

O autorze

Muzyka od zawsze była niezwykle ważną częścią mojego życia. Kiedy poznałam jej rockowo-metalowy świat, kompletnie przepadłam. Mój gust jest dość zróżnicowany, ale to jednak ten rodzaj muzyki gra mi w duszy i płynie w moich żyłach.