Ivar Bjørnson & Einar Selvik: Recenzja płyty “Hugsjá”

0

Największym błędem, jaki można było popełnić, podchodząc do „Hugsji”, to spodziewać się kolejnego krążka w stylu Wardruny. I zgadnijcie, kto wpadł w tę pułapkę. Właśnie, ja. Nie przeczę, był to spory błąd, zwłaszcza, że już wydana w 2016 roku „Skuggsjá”, choć częściowo spełniła oczekiwania gustującej w wikingopochodnych brzmieniach publiczności, wyraźnie zaznaczyła, że projekt Bjørnsona i Selvika ma na celu stworzenie czegoś zupełnie nowego.

Tezę tę “Hugsjá” potwierdza w stu procentach, choć wciąż jest albumem znacznie bardziej eksperymentalnym od poprzednika. Eksperymentalnym jednak nie w kontekście dziwnych syntezatorowych dodatków czy melorecytacji rodem z powieść gotyckiej, a raczej w kontekście licznych nawiązań do gatunków muzycznych, z którymi wyjściowo nie kojarzy się żadnego z panów udzielających się na krążku. Zdziwienie rośnie więc w miarę słuchania, zwłaszcza, że otwierający utwór tytułowy nie zapowiadał nic szczególnie szokującego. „Hugsjá” to melancholijny utwór przywodzący na myśl nagrania ze „Skuggsji”: długie, oniryczne pasaże muzyczne i subtelne melodie są zdecydowanie motywem przewodnim całości, później jednak sprawy przyjmują inny obrót.

Udowadnia to już drugi z kolei „WulthuR”, który, choć rozpoczynający się w sposób dość typowy, szybko zmienia się w dziwaczne połączenie fusion z dźwiękami tradycyjnych instrumentów. Podobne jazzowe rozwiązania (mowa tu również o odejściu z ciągłego dręczenia lir czy tagelharpy na rzecz urozmaiceń w postaci gitar i perkusji) pojawiają się również w „Nytt Land”. Jedyny problem polega jednak na tym, że ta dość specyficzna warstwa instrumentalna odwraca uwagę od wokalu, na którym skupiają się pozostałe, bardziej kameralne kompozycje.

Na szczęście to drobne nieporozumienie nie pojawia się w innych utworach na płycie. Zgrabne połączenie dwóch pierwszych kawałków stanowi rytmiczne „Ni Døtreav Hav” czy bardziej mroczne „Nattseglar”, jeden z najbardziej złożonych na krążku. W tyle nie pozostaje również „Ni Mødre av Sol”, w którym niejako zamglony pejzaż muzyczny i subtelna warstwa instrumentalna przywodzą momentami na myśl dokonania Islandczyków z Árstíðir. Takie ciągoty w stronę momentami nawet indie-rockowych brzmień pojawiają się również w „Nordvegen”, które na początku brzmi absurdalnie podobnie do wczesnych utworów Eda Sheerana czy w prawie post-rockowym intrze do „Oski”.

Zdarzają się jednak utwory, w których Einar Selvik zdał się postawić na swoim: świadczą o tym  „Fornjot” oraz wspomniana „Oska” (drugi z tych utworów porównać można do „Voluspy” wzbogaconej o warstwę gitarową), w których inwencja twórcza w komponowaniu instrumentarium schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca charakterystycznemu wokalowi.

Otwarcie przyznam, że choć nie zawsze jestem zwolenniczką muzycznych eksperymentów, to projekt “Hugsjá” uważam za udany. Bjørnsonowi i Selvikowi udało się nagrać płytę różnorodną, ale zarazem klimatyczną i wyciszającą. Utwory intrygują słuchacza, hipnotyzują go, nie szczędzą niespodzianek i, co chyba najważniejsze, pokazują nową twarz znanej dotychczas muzyki.

1. Hugsjá
2. WulthuR
3. Ni Døtre av Hav
4. Ni Mødre av Sol
5. Fornjot
6. Nattseglar
7. Nytt Land
8. Nordvegen
9. Utsyn
10. Oska
11. Um Heilage Fjell

WYRO(C)K

70%
70%
Highway to Hell

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    6,5
  • Instrumentarium
    7,5
  • Wokal
    8
  • Brzmienie
    7
  • Repeat Mode
    7
  • Oceny czytelników (1 głosów)
    7.2
Udostępnij to

O autorze

Alicja Sułkowska

Aspołeczna kulka nerwów. Łączy Satyricon z Falco, Mayhem z Wolfsheim i Darkthrone z Apocalyptiką. Ciągle ogląda te same filmy i słucha nowych płyt. Nie pogardzi dobrą książką historyczną i muzeum lotnictwa.