In Twilight’s Embrace: Recenzja płyty „Vanitas”

1

Kobieta zmienną jest i zmienni są też poznańscy metalowcy – grali metalcore, grali death metal, było im mało. In Twilight’s Embrace to zespół, który nie znosi stagnacji. Przez ostatnie lata odważnie nabierali rozpędu i kładli podwaliny pod to, co dopiero miało nadejść – stopniowo schodzili coraz głębiej z ciężarem i mrokiem by wreszcie zajść w najbardziej zatęchłe z piwnic i najciemniejsze z lasów by wyciągnąć z nich dla swojej muzyki trupioświeży pierwiastek blackmetalowy. „Vanitas” to nie tylko krok w ewolucji – to najlepszy dotychczasowy album poznaniaków i jeden z faworytów do miana Albumu Roku.

Wydawało się, że formułę mają już opracowaną – jako polska odpowiedź na At the Gates i podobne zespoły mogli nagrywać płyty w kilkuletnich odstępach i spokojnie cieszyć się renomą interesującej pozycji na krajowej scenie. Dopiero jednak z tym albumem odkryli przed słuchaczami, jaka bestia w nich tak naprawdę siedziała – wściekłe naloty dywanowe perkusji zderzają się czołowo z miotającymi się, burzliwymi riffami a popioły z tej konfrontacji osiadają w głowach i długo nie chcą ich opuścić. Czasem grają jak Dissection (‚As Future Evaporates’), czasem jak Mgła (‚Futility’), czasem jak Mgła grająca Dissection – a jednak całość zgrabnie mości sobie miejsce w szufladzie z napisem „In Twilight’s Embrace”.

Duża w tym zasługa wokali Cypriana Łakomego, który brzmi, chyba po raz pierwszy, całkowicie jak Cyprian Łakomy. Lemmy Kilmister poznańskiego metalu śmierci nie daje się już tak łatwo ustawić w jednym szeregu z tuzami szwedzkiego grania, po swojemu dzieli i rządzi wywrzaskując kolejne frazy w utworach, będących tyglami polskich i angielskich tekstów. Sam wachlarz jego wrzasków jest dość szeroki, przez co znudzenie nie ma szansy się pojawić, a większość utworów dostała swój ozdobnik, którym wyróżniać się może na tle reszty.

Jeśli nawet gdzieś w głębi bałem się, że wraz z nadejściem blacku zniknie chwytliwość, cechująca ich zachowujące mimo to autentyczność kompozycje – był to lęk nieuzasadniony. Fragmentów, które natychmiast przykuwają uwagę i łatwo zapadają w pamięć jest tutaj sporo, z kapitalnym ‚Fan the Flame’ na czele. W okresie deathmetalowym mogło być tego więcej? Ta płyta ma tyle niuansów, że nawet nie zwrócicie uwagi.

Jeśli polski black metal ma dalej zmierzać po tych torach i w tym kierunku, to ja tego pociągu w najbliższym czasie opuszczać nie zamierzam.

WYRO(C)K

94%
94%
Master of Puppets

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    10
  • INSTRUMENTARIUM
    9
  • WOKAL
    9
  • BRZMIENIE
    10
  • REPEAT MODE
    9
  • Oceny czytelników (5 głosów)
    8.3
Udostępnij to

O autorze

Lockheed

Śmieszek, domorosły filozof, basista in spe. Siedzi głównie w ciężkich brzmieniach, w blacku czy doomie, ale w każdym gatunku może odnaleźć wartościowe kawałki. Studiuje prawo (europejskie).

  • Rafał Stempień

    Płyta niszczy i kładzie na łopatki, znakomite granie i perfekcyjna równowaga między ciężarem a melodią!