God is an Astronaut: Recenzja płyty „Epitaph”

0

God is an Astronaut – jeden z najważniejszych aktualnie przedstawicieli post-rocka – wydał pod koniec kwietnia ósmy album studyjny pod tytułem „Epitaph”. Od premiery poprzedniej płyty („Helios | Erebus”) minęły 3 lata, więc nic dziwnego, że apetyt i ciekawość fanów zdążyły mocno urosnąć.

Muzyka Irlandczyków towarzyszy mi w dwóch konkretnych czynnościach życiowych. Pierwszą z nich jest jazda samochodem w nocy, kiedy ulice są puste, a na masce odbijają się latarnie, a drugą moment, kiedy leżę w łóżku i chcę wyciszyć się przed snem. Zawsze wtedy wyobrażam sobie międzygalaktyczną odyseję w poszukiwaniu nieodkrytych jeszcze układów gwiezdnych, a od niedawna również spokojną podróż na miejscu pasażera w czerwonej Tesli Elona Muska.

Tym razem jednak GIAA zapraszają nas w inne rewiry, być może równie tajemnicze. „Epitaph” powstał w cieniu ogromnej tragedii rodzinnej, jaka spotkała braci Nielsa i Torstena Kinsella, założycieli formacji. Jak sami napisali, krążek został nagrany pod wpływem emocji, jakie towarzyszyły im w związku ze śmiercią ich 7-letniego kuzyna, i miał to być sposób na poradzenie sobie z tą niewyobrażalną stratą. Tak mówili o tytułowym utworze na płycie:

„Zarówno ten utwór, jak i cała płyta, odzwierciedlają różne perspektywy dotyczące mrocznej rzeczywistości przedwczesnej śmierci. Utwór ten dotyka bezpośrednio wszystkiego od dziecięcej niewinności, poprzez moment, kiedy docierają do ciebie szokujące wiadomości, aż do następstw przytłaczającego smutku, z jakim mierzy się rodzina.”

Wideo, które stworzyli bracia Kinsella na potrzeby otwierającego krążek ‘Epitafium’, wręcz epatuje bólem, a czarnobiałe zdjęcia dzieci wykonane post-mortem mogą szokować. W ten sposób zostaje zarysowany nastrój, który panować będzie przez następne 45 minut. Płyta jest bardzo mroczna i ponura – tym razem nie zostajemy uraczeni wesołymi melodiami, przy których delikatny uśmiech pojawia się na twarzy.

Są momenty, kiedy z głośników płyną kojące dźwięki gitar i pianina, ale – jak w przypadku ‘Mortal Coil’ i ‘Winter Dusk/Awakening’ – są one następnie dominowane przez surowe przestery i ambientowe szumy, które aż przytłaczają słuchacza. Drugą część ‘Mortal Coil’ można uznać za jedną z najcięższych, jakie kiedykolwiek nagrali Irlandczycy, zahaczającą momentami o doom metalową sferę. Podobnie jest z utworem ‘Medea’, którego ponurość budują dodatkowo wokalne wstawki.

Na drugim biegunie znajdują się spokojne ‘Komorebi’ (z japońskiego: promienie słoneczne przebijające się przez korony drzew) i zamykający album ‚Oisín’. Pianino tego drugiego wprowadza na „Epitaph” (według mojej interpretacji) po raz pierwszy – i zarazem ostatni – bardzo ważny element, będący idealną klamrą całego wydawnictwa. Nadzieję.

Mimo iż „Epitaph” różni się od poprzednich płyt, to nadal słychać charakterystyczny dla God is an Astronaut podział utworów na spokojne przedłużone intro i mocną końcówkę, w której perkusja wychodzi z tła i przejmuje równorzędną rolę w stosunku do innych instrumentów. Tę płytę trzeba słuchać w warunkach gwarantujących maksymalne skupienie, ponieważ w przeciwnym razie bardzo łatwo można się od niej „odbić”. Jeżeli natomiast wczujemy się w nastrój i pozwolimy zmysłom zaangażować się w odbiór hipnotyzujących dźwięków, to bez jakichkolwiek oznak znużenia upłyną nam trzy kwadranse muzycznych doznań dostarczonych przez God is an Astronaut. Na słowo uznania zasługuje okładka stworzona przez Fursy’ego Teyssiera, w której możemy dopatrywać się bezpośredniego nawiązania do postaci, której śmierć przyczyniła się do powstania tego albumu. Poza oczywistymi walorami artystycznymi dozę niepokoju mogą budzić oczy chłopca, a właściwie ich brak, co nadaje jego wyglądowi już nie tak niewinne oblicze.

Irlandczycy zdecydowali się na analogowe miksowanie, co miało nadać „Epitaph” swego rodzaju surowości. Jednym może to przeszkadzać, zwłaszcza jeśli chodzi o rozkręcone przestery i ambientowe szumy, ale dzięki tym elementom można odnieść wrażenie, jakby muzyka dochodziła z zaświatów albo… Jakbyśmy to my byli po drugiej stronie.

  1. Epitaph
  2. Mortal Coil
  3. Winter Dusk/Awakening
  4. Seance Room
  5. Komorebi
  6. Medea
  7. Oisín

80%
80%
2 Minutes to Midnight

1 Sad But True
2 Bad Reputation
3 Wild Thing
4 Satisfaction
5 Another Brick in the Wall
6 Proud Mary
7 Highway To Hell
8 2 minutes to midnight
9 Ace of Spades
10 Master Of Puppets

  • Instrumentarium
    7
  • Brzmienie
    8
  • Nastrój
    10
  • Repeat Mode
    7
  • Oceny czytelników (3 głosów)
    5.8
Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.