Enter Shikari: Recenzja płyty „The Spark”

0

Enter Shikari to bez dwóch zdań jeden z ciekawszych zespołów XXI wieku. Zgrabnie połączyli elementy post-hardcore’owe z nu metalem tworząc ciekawą i odświeżającą mieszankę, a jeśli dodać do tego bezkompromisowe występy na żywo, to mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego Brytyjczykom udało się zyskać dużo popularność i zaskarbić rzeszę oddanych fanów. Fanów, przed którymi chwila prawdy, albowiem „The Spark”, z premierą zaplanowaną na 22 września 2017 roku, różni się znacząco od tego, co serwowali nam na poprzednich czterech albumach.

 

Przy premierze każdego z naszych albumów byli tacy, którzy chcieli czegoś mniej agresywnego i bardziej melodyjnego, inni woleliby coś bardziej agresywnego i mniej melodyjnego. Ale wydaje mi się, że ludzie już zaczynają rozumieć, że nasza muzyka jest zróżnicowana, zawsze się zmieniała i ewoluowała. Coś takiego dostaną. Straciliśmy już wielu fanów, więc ci, którym by się to nie spodobało, już dawno od nas odeszli.

Tymi słowami Rou Reynolds, wokalista formacji, dość trafnie określił, jakie mogą być reakcje fanów na najnowszy album (całość wywiadu, którego udzielili nam muzycy Enter Shikari, można przeczytać TUTAJ). W trakcie spotkania weszliśmy w posiadanie „The Spark” w formie fizycznej (na ponad tydzień przed oficjalną premierą), dzięki czemu mieliśmy możliwość dokładnego zapoznania się z materiałem.

Na początku pragnę zaznaczyć, że w tym przypadku granica między obiektywizmem a osobistymi odczuciami jest mocno zatarta, ponieważ tę płytę trudno porównać do którejkolwiek z dotychczasowego dorobku kapeli, a jej ocena głównie bazuje na tym, czy album przypadnie do gustu czy nie. Mnie przypadł. Jeżeli jednak ktoś z ciekawości sięgnie po nią, mając nadzieję na coś ciężkiego i agresywnego, to zapewne po kilku chwilach wyłączy odtwarzacz.

Po krótkim intro (‘The Spark’), witają nas syntezatory i ciepły wokal w utworze ‘The Sights’, a następnie dochodzą popowe chórki, które, trzeba przyznać, wpadają w ucho, choć zapewne będą kluczowym momentem w podjęciu decyzji, czy płyta nadal będzie grała, czy też zostanie rzucona w kąt z wyrazem głębokiego szoku i niedowierzania na twarzy słuchacza.

‘Live Outside’, jako singiel, miał oswoić fanów z myślą o tym, że nowy album będzie szedł inną ścieżką, ale ciężko stwierdzić, czy na to, co następuje później, można było się przygotować. O ile ‘Take my Country back’ – prawdziwa perełka na płycie, z pazurem, szybkim tempem i mocnym refrenem, przy którym niejedno gardło zostanie zdarte na koncercie i niejeden siniak powstanie w wyniku intensywnego pogowania – mógł dawać nadzieję na to, że dalsza część podróży po „The Spark” przetrzepie receptory słuchowe fanów, to później próżno szukać takich klimatów.

Na płycie znajdują się aż 3 ballady (‘Airfield’, ‘Undercover Agents’ i ‘An Ode to Lost Jigsaw Pieces (In Two Movements)’, co przy 11 utworach, z czego dwa to intro i outro, wydaje się być stosunkowo dużą ilością, ale biorąc pod uwagę to, że stopniowo się rozwijają i nie wywołują uczucia senności – dobrze się ich słucha. Mimo że spokojnie mogłyby znaleźć się w dyskografii pop-rockowych zespołów. Na chwilę uwagi zasługuje ‘Shinrin-yoku’ [z japońskiego: spacery po lesie w celach zdrowotnych], którego unikalny klimat pozwala poczuć się przez chwilę jak na łonie natury. ‘The Revolt of the Atoms’ to kolei naćkany elektroniką i mocno podbitym basem utwór, przy którym głowa sama zaczyna kiwać się do rytmu.

‘Rabble Rouser’, drugi singiel, wywołał niemałą dyskusję wśród fanów, którzy wyrażali swoją dezaprobatę faktem, że po zwrotce, w której, tak swoją drogą, Rou nawija aż miło, brakuje mocnego, wbijającego w fotel dropa, w zamian którego mamy dziwne elektroniczne plumkanie. Na szczęście niecodzienny, zawierający nieco „sheeranowy” motyw refren sprawia, że utwór już po pierwszym przesłuchaniu zapada w pamięć. A po kilku kolejnych być może nawet przekona do siebie sceptyków.

Niezmiernie trudno o taką ocenę „The Spark”, żeby zarówno osoba, której nie podoba się taki kierunek zespołu, jak i zwolennik eksperymentowania mógł uznać ją za miarodajną.

Płyta jest inna, bardziej popowa, bardziej elektroniczna, ale w tym konkretnym przypadku nie oznacza to, że jest słaba. Każdy utwór ma szansę zainteresować słuchacza, oferując coś nowego. Nie jest to „odchudzona” muzyka, pozbawiona smaczków, wręcz przeciwnie – jest wciągająca i intrygująca, a w dodatku spójna. Mimo że krzyk Reynoldsa pojawia się sporadycznie, a przesterowane gitary nie grają pierwszych skrzypiec, to jestem pewien, że na żywo utwory z tego albumu dorównają mocą starszym kompozycjom. Jeżeli tak ma brzmieć pop, to ja mogę słuchać popu.

  1. ‚The Spark’
  2. ‚The Sights’
  3. ‚Live Outside’
  4. ‚Take My Country Back’
  5. ‚Airfield’
  6. ‚Rabble Rouser’
  7. ‚Shinrin-yoku’
  8. ‚Undercover Agents’
  9. ‚The Rovelt of the Atoms’
  10. ‚An Ode to Lost Jigsaw Pieces (In Two Movements)’
  11. ‚The Embers’

74%
74%
Highway To Hell

1 Sad But True
2 Bad Reputation
3 Wild Thing
4 Satisfaction
5 Another Brick in the Wall
6 Proud Mary
7 Highway To Hell
8 2 minutes to midnight
9 Ace of Spades
10 Master Of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    6.5
  • Wokal
    8.5
  • Instrumentarium
    7
  • Brzmienie
    7.5
  • Repeat Mode
    7.5
  • Oceny czytelników (9 głosów)
    5.8
Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.