Denner / Shermann: Recenzja albumu „Masters of Evil”

0

Podobno nie ma ludzi niezastąpionych. To myśl, która zapewne przyświecała muzykom Black Sabbath po rozstaniu z Ozzym. Do tego samego wniosku doszli też członkowie Judas Priest, kiedy postanowili spróbować swoich sił bez Roba Halforda. Niewykluczone, że w rodzimym Kacie również zainspirowano się losami AC/DC i w efekcie dwie strony konfliktu postanowiły samodzielnie kontynuować dorobek dotychczasowej współpracy. Każda z wymienionych prób przyniosła raczej umiarkowanie pozytywne efekty. Co zatem powoduje, że jeden człowiek potrafi tak wiele znaczyć dla zespołu? Na pewno jego rola w takowym – zastąpienie instrumentalisty to kwestia wytrwałości w poszukiwaniach, ale zmiana wokalisty to olbrzymie wyzwanie, gdyż barwę głosu oraz manierę wokalną raczej ciężko podrobić. Zadanie to robi się jeszcze bardziej skomplikowane, kiedy mówimy o duńskim mistrzu falsetu, Kingu Diamondzie. Razem z Hankiem Shermannem oraz Michaelem Dennerem nagrali pod szyldem Mercyful Fate klasyczne albumy muzyki metalowej. Ci dwaj panowie obecnie połączyli siły, startując z własnym projektem, którym na nowo mają zaprezentować się dotychczasowym fanom. Trudno jednak odciąć się od wpływów Mercyful Fate po tylu latach pracy w grupie i zawarciu na jej płytach kwintesencji swojego stylu grania. Jak więc wygląda dzieło duetu Denner / Shermann, nagrane z pomocą innego wokalisty? Zapraszamy do recenzji płyty „Masters of Evil”.

Pewien przedsmak tego nagrania otrzymaliśmy jeszcze zeszłego roku, kiedy to premierę miała EPka „Satan’s Tomb”. Z zadowoleniem jednak mogę stwierdzić, że podniesiono poprzeczkę. Otwierające płytę ‘Angel’s Blood’ oraz ‘Son of Satan’ robią monumentalne wrażenie, świetnie wprowadzając słuchacza do albumu. Nikt chyba nie myślał, że panowie Denner i Shermann zawiodą, i słusznie, bowiem już pierwsze riffy udowadniają, że obaj gitarzyści nie stracili weny twórczej. Otrzymujemy eleganckie złączenie melodyczności i ciężkiego grania, skądinąd znane z Mercyful Fate. Jednak to nie praca sześciu strun wzbudza najszybciej pozytywne emocje. W tym miejscu muszę pochwalić wokalistę, Seana Pecka, ponieważ moje dotychczasowe sceptyczne oczekiwania dotyczące jego partii okazały się nieuzasadnione. Miesiące, które minęły od premiery EPki pozwoliły mu najwyraźniej na nabranie pewności siebie i uwydatnienie własnego stylu. Na „Satan’s Tomb” wielokrotnie miałem wrażenie, że Sean próbuje naśladować Kinga, co w mojej opinii było dużą wadą jego śpiewania, ponieważ próbując się upodobnić uwydatnił własne braki wokalne, każda jego podróż w nieco wyższe dźwięki przypominała, że King Diamond potrafił robić to lepiej. Nieco bardziej unikalny styl śpiewania na pewno pomaga tej płycie już od pierwszego jej utworu.

Skupmy się jednak na nowo na najistotniejszej części kompozycji tego krążka, a więc na gitarach. Instrumentalnie album imponuje równością, nie ma tu przykładu typowego zapychacza. Nawet, kiedy pojawia się myśl, że oto przyłapano kompozytorów na przeciętnym pomyśle (dla przykładu weźmy ‘The Wolf Feeds at Night’) to pojawiają się solówki, przez które nieuczciwym wobec tego utworu byłby zarzut mierności. Zarówno indywidualne popisy, jak i wspólne, harmoniczne granie gitar są niewątpliwymi plusami tego nagrania. Słuchając zamykającego płytę ‘The Baroness’ można zapomnieć, że jest to dzieło muzyków, którzy nagrywali swoje pierwsze riffy przeszło 30 lat temu. Świeżość, jaką emanuje ten album może zaskoczyć niejednego słuchacza. Również utwór tytułowy można bez wahania zaliczyć do udanych pomysłów zespołu. Otwierany spokojną melodią gitar błyskawicznie nabiera tempa, stając się godnym pretendentem do najlepszej kompozycji na płycie. Innych efektów pracy muzyków, którzy tworzyli najlepsze kompozycje Mercyful Fate, chyba nie mogliśmy się spodziewać.

Otrzymaliśmy zatem płytę dopieszczoną, opartą o dobrze zrealizowane pomysły. Duet Denner / Shermann nie musiał nic udowadniać, swoje w muzyce metalowej już zrobili, niemniej nie przeszkodziło im to w wydaniu nagrania, które warto przesłuchać nie tylko z czystego sentymentu. Wady? Cóż, choć riffy są naprawdę dobre to nie sposób ich przyrównać do najlepszych lat Duńczyków, ale tego chyba nikt nie oczekiwał. Nieco bardziej znaczącym minusem mogą być teksty. Jest to jeden z najbardziej wyraźnych elementów zapożyczonych z Mercyful Fate. Mamy więc opowieści o demonach i Szatanie. To nic nowego dla słuchaczy dotychczasowej twórczości gitarzystów, niemniej pokusiłbym się o stwierdzenie, że w pisaniu diabelskich tekstów King wykazywał się większą finezją i klasą. Na „Master of Evil” niejednokrotnie niebezpiecznie balansujemy na granicy rozdzielającej sztukę od kiczu. Niby nie o teksty w tej muzyce chodzi, ale gdyby trochę wnikliwej się nad nimi pochylono dostalibyśmy eleganckie zwieńczenie dobrych kompozycji. Fakt, że do najważniejszych ułomności krążka zaliczyłem taki szczegół powinien jednak świadczyć, jak dobra jest to płyta. Przy takiej formie gitarowego duetu nie pozostaje nam nic innego, jak trzymać kciuki za reaktywację Mercyful Fate i jeszcze jeden album duńskich mistrzów heavy metalu.

1. Angel’s Blood
2. Son of Satan
3. Abandon
4. The Wolf Feeds at Night
5. Pentagram and the Cross
6. Masters of Evil
7. Servants of Dagon
8. Escape from Hell
9. The Baroness

Wyro(c)k

86%
86%
81-90 Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    9
  • Instrumentarium
    9
  • Brzmienie
    8
  • Repeat Mode
    8.5
  • Oceny czytelników (5 głosów)
    7.3
Udostępnij to

O autorze

Patryk Kowalski