Deep Desolation: Recenzja płyty ”Rites of Blasphemy”

0

Deep Desolation to znana łódzkim metalowcom kapela. Zespól założono stosunkowo niedawno, bo w 2009 roku, natomiast w swoim dorobku wydawniczym posiadają trzy pełnoprawne płyty oraz jedną EPkę. Albumem na dziś jest ”Rites of Blasphemy” wydane w 2012 roku za pośrednictwem Darkzone Productions. Wytwórnia znana jest z promowania undergroundowych zespołów, a recenzowana dziś płyta jest zdecydowanie muzyczną perełką dla osób z Darkzone. Faktem jest, że Deep Desolation to nie zwykła kapela death metalowa jak wyczytać można w gatunkowej klasyfikacji zespołu. Wbrew pozorom, na tym krążku, ”deathu” dosłownie brakuje. Na szczęście nie zwiastuje to nic niepokojącego – wręcz przeciwnie, album zaskakuje mieszaniną gatunków i siarczystym, psychodelicznym klimatem. Na początku jednak nie będę za wiele zdradzał, na wszystko przyjdzie pora, a tymczasem zapraszam do dalszej lektury.

Album rozpoczyna ‚Between the Tits of a Witch’. Na początku jesteśmy uraczeni dziwnym, aczkolwiek klimatycznym intrem w postaci charczeń i odgłosów, które kojarzą ze starymi horrorami z lat 80-tych. Na całym krążku można wyczuć inspirację tego typu tematyką, sam Meriath (gitara, wokal) przyznał w jednym z wywiadów, że książki, filmy i spaczona wyobraźnia są współtwórcami ich piosenek. Po półtorej minutowym intrze utwór uderza z kopyta… hard rockowym riffem, z domieszką doomu, blacku oraz stoneru. Tak jak już wspomniałem, czystego deathu w tym wydawnictwie nie usłyszymy zbyt często. No może poza wokalami, które utrzymane są w konwencji deathowo-blackowej. Za to mieszanka wyżej wspomnianych gatunków przywołuje na myśl pierwsze płyty Black Sabbath. To nie żart. Zespołowi bliżej do Sabbathu, aniżeli do Vadera, czy Deicide. ‚Between the Tits of Witch’ zmienia tempo z bardzo powolnego, do szybkiego, prostego w strukturze, przywołującego na myśl najbardziej cenione płyty Darkthrone. Tak dostajemy przeplatankę temp pozwalającą poczuć gęstą i mroczną atmosferę, która będzie nas ogarniałą przez prawie całą godzinę słuchania albumu. Utwór wciąż się powtarza i zapętla riffy, ale prawda jest taka, że jest to zabieg celowy mający wprowadzić słuchacza w trans i co ważniejsze, udany. Pod koniec natomiast dostajemy naprawdę długą, bo ponad półtora minutową wolną solówkę wspomaganą hipnotyzującymi elektronicznymi dźwiękami. Kawałek idealnie wprowadza w klimat panujący na albumie i zachęca do dalszego słuchania.

Następnie nadchodzi ‚Searching for Yesterday’, mocno sludge’owo-blackowy utwór, przez chwilę mamy melodyczne kostkowanie, aby za chwilę dostać młócący riff rodem z Nowego Orleanu. Słuchając można wyobrazić sobie Mike’a Williamsa z Eyehategod paradującego na scenie z krzyżem wywieszonym do góry nogami. Utwór kończy charakterystyczna dla zespołu powolna solówka. Tym razem jeszcze łagodniejsza, ale równie udana co poprzedniczka. Po ‚Searching for Yesterday’ dostajemy 2-minutowy przerywnik o tytule ‚Intermezzo’ jakby kontynuujący motywy z intra do albumu. Tym razem jest jeszcze głośniej, odgłosy są bardziej psychodeliczne, słychać także wiele kobiecych krzyków jakby wyciągniętych z ”Psychozy” Alfreda Hitchcocka. W tym wypadku uważam, że wstawianie tej przerwy wcale nie było potrzebne, a tak naprawdę na chwilę pozwoliło uciec słuchaczowi od klimatu albumu.

Jest to jednak nieważne, gdyż zaraz po niej zaczyna się ‚Blasphemous Rite’. Tym razem na myśl przychodzi Crowbar z blackowymi wokalizami. Znów uraczeni jesteśmy wolnymi solówkami, jednak w tym wypadku kawałek jest jeszcze bardziej sludge’owy niż jakikolwiek inny na krążku. Riffy stają się ciężkie i potężne, a następnie zostają złagodzone w taki sposób, że kojarzą się z nurtem jakim podążają kapele stonerowe. Wszystkiemu przyćmiewa garażowe i brudne brzmienie, które powoduje, że atmosfera w tym kawałku przywołuje chęć przysłowiowego ”zajarania”. Każdy fan sludge’u zrozumie o co w tym chodzi. Utwór jest jednym z najbardziej charakterystycznych ukazanych na tym wydawnictwie.

‚Blasphemous Rite’ ustępuje jednak z miejsca następnemu, prawdziwemu killerowi o tytule ‚Mroczny Hymn’. Nie bez powodu nazwany został ”mrocznym”. Trwa ponad 11 minut i dosłownie wgniata słuchacza w fotel, łóżko, czy jakiekolwiek inne miejsce, z którego w danej chwili korzysta. Już na samym początku, dostajemy riffy brzmiące trochę jak demoniczne odgłosy kaczek, nie żartuję, jak już ktoś to usłyszy to zrozumie. Skaczące, falowane, spokojne, a zarazem bardzo psychodeliczne, to słowa opisujące ten mały majstersztyk. Dodatkowo dalsze riffy są wykonane w konwencji drone metalowej. ”Hymn” wykorzystuje wszystkie motywy, które znalazły się na płycie, a dodatkowo dodaje coś od siebie. Mamy tu Black Sabbath, Earth, Eyehategod, Crowbar jak i Darkthrone w jednym worku. Jest to zdecydowanie najbardziej złożony kompozycyjnie i klimatyczny utwór na całym krążku. Przez okres słuchania można poczuć się jakby zahipnotyzowanym ”hymnem”. W tym miejscu warto wspomnieć, iż tekst w tym kawałku jest oczywiście w naszym rodzimym języku i do tego, w przeciwieństwie do innych liryków, jest bardzo dobrze słyszalny co potęguje wrażenie otumanienia słuchacza. Zdarzają się również fragmenty szeptane, zagęszczające klimat utworu i powodujące stałe przechodzenie ciarek po plecach. Jedynym zastrzeżeniem jakie mam do tego kawałka jest jego umiejscowienie. ‚Mroczny Hymn’ powinien wybrzmieć na koniec, jako podsumowanie całego albumu, wtedy wrażenie połączenia wszystkich gatunków z płyty byłoby jeszcze bardziej piorunujące i zwalające z nóg.

Po majestatycznym ”hymnie” dostajemy ‚Cuius Regio/Eius Religio’. W tym wypadku nie ma za wiele do opisywania, gdyż jest to najmniej zróżnicowany kawałek. Nadrabia trochę klimatem, ponieważ wersy są naprzemiennie charczane blackowym wokalem, zmieniającym się w ciężki i mocno basowy growl. Jest to jeden z niewielu momentów na krążku kiedy usłyszymy tak głębokie i mocne wokalizy. W pewnej chwili gitary znacznie przyśpieszają i załamują dźwięk, a perkusja zaczyna wybijać szybkie blasty. Trwa to zaledwie pół minuty, ale pokazuje deathowe korzenie zespołu. Poza tym jest utrzymany w znanej, brudnej, sludge’owej stylistyce.

Przedostatnim kawałkiem jest ‚I Became Your God’. Zaczyna się bardzo powoli, ciężko, wręcz przygniatająco coraz to subtelniej przyśpieszając. Gitary mocno brzęczą, niczym w rasowym zespole drone’owym, by w końcu zmienić się w szybkie i melodyczne tremola. Wymienione motywy przeplatają się wraz z demonicznym wokalem i w ten sposób tworzą wspólną całość. Utwór zasługuje na duży plus za to, że zwraca na siebie uwagę własną prostotą, której nie powstydziłby się nawet pradawny szwajcarski Hellhammer.

Na koniec mamy do czynienia z ‚Necromouth’, najbardziej rdzennym, blackowym kawałkiem na wydawnictwie. Usłyszeć można tutaj demoniczny, ale jednocześnie nadzwyczaj chwytliwy riff, genialną solówkę oraz fragment w stylu Immortal. Utwór trwa 9 i pół minuty i zakończony jest bardzo melodyczną grą gitary, jakby żegnającą słuchacza. Godnie pozwala usłyszeć kilka ostatnich nut z albumu, jednak wciąż najlepszym kandydatem na to miejsce był ‚Mroczny Hymn’. Tak czy inaczej ‚Necromouth’ jest jednym z ciekawszych utworów na krążku.

Specjalnie nie wspominałem o perkusji, ponieważ w każdym utworze wybija ona praktycznie ten sam, lekko słyszalny, powolny i jednostajny rytm, czasami tylko przyśpieszając wraz z uderzeniami blastów. Album powinni docenić fani oldschoolu, gdyż Deep Desolation, brzmi jakby było wyciągnięte żywcem z lat 70-tych. Warunkiem słuchania tego wydawnictwa jest uruchomienie go na wysokich decybelach, ponieważ inaczej nie doświadczymy wcześniej wspomnianego efektu wgniecenia. Bardzo brudne, garażowe brzmienie w połączeniu ze stylistyką zespołu tworzy naprawdę pociągające połączenie. W tym wypadku pogorszenie jakości nagrań wyszło łódzkim metalom na dobre, bo stworzyli album, który tak naprawdę w większości stawia na majestatyczny, chory i psychodeliczny klimat. Płyta nie podejdzie natomiast purystom dźwiękowym, stawiającym na czystość, melodyczność i kliniczność produkcji. Tutaj choćby nie wiadomo jak szukać, takich rzeczy się nie znajdzie. To właśnie jest magią tego krążka. Rzadko się zdarza, gdy to atmosfera panująca na płycie przebija samą techniczność wykonania. ‚Rites of Blasphemy’ jest tego idealnym przykładem. Wystarczy tylko pomieszać trochę gatunków, aby było ciekawie i oblać wszystko hektolitrami mrocznej posoki. W ten sposób dostajemy album genialny w swej prostocie. Płyta ma kilka słabszych momentów, ale zasługuje na naprawdę wysoką ocenę. Wpływ na końcowy werdykt ma również genialny ‚Mroczny Hymn’, który swoim klimatem pożera większość kompozycji razem wziętych i wręcz kreuje oficjalny, unikalny styl zespołu. Warto obserwować chłopaków z Łodzi, ponieważ aktualnie pracują nad nowym albumem. Trzymamy kciuki!

1. Between the Tits of a Witch
2. Searching For Yesterday
3. Intermezzo
4. Blasphemous Rite
5. Mroczny Hymn
6. Cuius Regio/Eius Religio
7. I Became Your God
8. Necromouth

Deep_Desolation

Wyro(c)k

83%
83%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    8
  • Instrumentarium
    7.5
  • Brzmienie
    10
  • Repeat Mode
    7.6
  • Oceny czytelników (1 głosów)
    9.4
Udostępnij to

O autorze

Dawid Marzęcki

Miłośnik wszelakich form metalu i jego pochodnych. Ze szczególnym naciskiem na to drugie, ponieważ poza lubianym przeze mnie blackiem, czy deathem zakochany jestem w wielu eksperymentalnych brzmieniach. Moje uznanie znajdują takie nurty jak stary, surowy industrial, djent w wykonaniu Meshuggah, a nawet odrobina elektroniki. Serwis pozwala mi zgłębiać wiedzę muzyczną i dzielić się nią z innymi.