Decapitated: Recenzja albumu „Anticult”

0
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Gdy kilka miesięcy temu mieliśmy przyjemność porozmawiać z liderem, a zarazem gitarzystą Decapitated, Wacławem „Voggiem” Kiełtyką, muzyk był bardzo podekscytowany nowym albumem. Zadowolony stwierdził, iż to jego najdojrzalsze wydawnictwo, które łączy nowsze inspiracje, jak i te starsze. „Anticult” miał być kompromisem, który usatysfakcjonuje wszystkich fanów Decapitated. Czy tak się rzeczywiście stało? Można nad tym długo dyskutować, trudno jednak uważać, by był wielkim zaskoczeniem i szokiem dla fanów. Kontynuuje bowiem ścieżkę obraną przed trzema laty na albumie „Blood Mantra”. Mamy tutaj do czynienia niemal z bliźniaczymi patentami, zrealizowanymi najzwyczajniej w świecie lepiej. Materiał ten jest przede wszystkim bardziej zwarty i konkretny, a zarazem krótszy, co jest jedną z jego największych zalet. Trwa niecałe 40 minut, a składa się z 8 kawałków – na próżno więc szukać wypełniaczy, wszystko kopie jak należy od pierwszej do ostatniej sekundy!

Na pierwszy ogień zresztą leci rozpoczynający się nastrojowym intro ‚Impulse’ – utwór ten jest zdecydowanie jednym z najbardziej ekstremalnych momentów na „Anticult” i choć prawdopodobnie do szlagierów grupy zaliczany nie będzie, rolę rozgrzewacza pełni idealnie. Odpowiednio dawkuje napięcie i wzbudza oczekiwania w związku z dalszą częścią wydawnictwa! A czekać rzeczywiście jest na co, gdyż pierwszy killer pojawia się już zaraz – prawdziwym czarnym koniem jest ‚Deathvaluation’, które w intrygujący sposób łączy chwytliwość z agresją. Wystarczy posłuchać głównego riffu, który pomimo swojej prostoty, w rękach Vogga brzmi bardzo intensywnie i oryginalnie – jednym słowem majstersztyk! Utwór ten potwierdza też, że duch Dimebaga żyje w Wacławie i ma się dobrze, panterową nutkę bowiem słychać tutaj od samego początku, włącznie z niesamowitą solówką, co nie jest wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę znajomość twórczości Pana Kiełtyki. Wszystkie partie gitarowe zostały dopracowane z ogromną dbałością o szczegóły i wiele tutaj smaczków, których wychwycenie jest możliwe dopiero po wielu sesjach z płytą. Położone solówki są zdecydowanie jednymi z najlepszych, jakie wyszły spod palców Vogga!

Solo w Darellowej konwencji pojawia się również w ‚Kill The Cult’ – kompozycji, która swoją droga równie dobrze mogłaby znaleźć się w katalogu DevilDriver. Kawałek brzmi bardzo ‚amerykańsko’, a jego główny riff jest wariacją na temat tego co znamy z singla ‚Blood Mantra’. Choć to wciąż kawał świetnego grania i utwór ciężko nazwać wypełniaczem, poza wspomnianą solówką i interesującym tekstem nie wybija się ponad resztę. Uczucie deja-vu towarzyszyło mi także, słuchając notabene najlepszego wałka, ‚One Eyed Nation’, w którym Vogg i spółka postawili na odhumanizowany klimat (a tego dawno nie było) i wibracje rodem z ‚Homo Sum’. Kompozycji tej zdecydowanie najbliżej do starszych lat – nie tyle korzeni, co czasów niezapomnianego, właściwie kultowego już ‚Organic Hallucinosis’. Podobieństwo słychać na wielu płaszczyznach, począwszy od wokalu, a na atmosferze kończąc). Na szczególne wyróżnienie zasługuje też szalony ‚Anger Line’, w którym słuchacz od pierwszej sekundy słuchacz zostaje zaatakowany kanonadą blastów, a całość wieńczy budujące klimat, niespodziewane zwolnienie. Na temat singli chyba każdy zdążył sobie wyrobić opinie – ‚Never’, jak i ‚Earth Scar’ są zdecydowanie najłatwiejszymi w odbiorze kompozycjami, a w szczególności ta druga, oparta o prymitywny, zagnieżdżający się w świadomości riff i klimatyczną solówkę. Utwór ujawnia fascynacje Vogga takimi kapelami jak Strapping Young Lad i Gojira (wsłuchajcie się w refren)! Wydawnictwo zamyka ‚Amen’ – utwór, który składa się dosłownie z jednego riffu i właściwie mógłby być elementem innego kawałka. Jest interesującym zwieńczeniem całości i wyciszeniem po 30 minutach srogiej łupaniny – łupaniny, która nie pozostawia uczucia niedosytu!

Pisząc o krążku, trudno nie wspomnieć o warstwie tekstowej, która w tym wypadku tworzy wraz z muzyką integralną całość. Tym razem ponownie odpowiada za nią wokalista Rafał „Rasta” Piotrowski. Jego teksty nie są może przesadnie poetyckie, ale za to szczerze i zgodnie z założeniem dają pozytywnego kopniaka. W ‚Never’ chociażby muzyk przekonuje, że tak naprawdę jedynym sądem, który nas osądzi jest nasz własny… W stosunku do „Blood Mantry” Rasta zrobił ogromny postęp – nie tylko tekstowy, ale także techniczny. Jego wokale brzmią znacznie lepiej (co w dużej mierze jest zasługą świetnego rozmieszczenia w miksie), z kolei jego barwa przywodzi na myśl młodego Cavalerę, Duplantiera… a momentami nawet Covana. Artysta mimo to nie zatraca własnej tożsamości, i choć zapewne posiada wielu idoli i inspiratorów, wciąż słychać, że to Rasta z „krwi i kości”. 

Wielu fanów twierdzi, że cichym bohaterem płyty jest Michał Łysejko, perkusista formacji. Od pierwszych uderzeń słychać, że w kapeli czuje się pewniej, gra intensywniej i robi po prostu to co do niego należy – ale nic ponadto. Momentami w jego grze brakuje tego pierwiastka szaleństwa, który cechował poprzednich perkusistów Decapitated (Vitek, Krimh). Tak, wiem, że to już zupełnie inna stylistyka, odnoszę jednak wrażenie, że niektóre jego partie są zbytnio uproszczone i jedynie „podążają za riffami Vogga”, zamiast uzupełniać i nadawać im charakteru, jak było to dawniej (przed czasami Krwawej Mantry).

Nowe Decapitated to powtórka z rozrywki. Znane doskonale patenty zostały maksymalnie dopieszczone, a żaden z dźwięków nie jest dziełem przypadku (chociażby kontrastujące z resztą pianino w ‚One-Eyed Nation’). Mimo, że kompozycje są chwytliwe i – być może dziwnie to zabrzmi – przebojowe, nie tracą one na szlachetności. Choć grupa ma w Europie ogromną rzeszę fanów, wydaje mi się, że rynkiem docelowym „Anticult”, jest amerykański! Tam taka muzyka jest po prostu lepiej odbierana, cieszy się większym popytem.

Materiał rzeczywiście jest swoistym kompromisem, który muzycznie plasuje się między „Blood Mantrą”, a „Carnival Is Forever” i to właśnie wtedy powinien się ukazać. Ci którzy jednak zachęceni słowami Vogga o „starszych inspiracjach” spodziewali się albumu stricte deathowego mogą czuć się rozczarowani! Muzycy wreszcie odnaleźli swoją tożsamość, a w przyszłości prawdopodobnie nie raz zaskoczą słuchaczy. Obawiam się jednak, iż ta formuła może się wkrótce wyczerpać, w końcu nie można ulepszać danych momentów w nieskończoność… Póki co Vogg doskonale wykorzystuje szansę, którą otrzymał przed kilkoma laty, gdy reaktywował kapelę!

Data premiery: 7 lipca 2017
Wytwórnia:
Nuclear Blast (w Polsce: Mystic Production)
Sprawdź w pierwszej kolejności:
‚Deathvaluation’ oraz ‚One Eyed Nation’

Dla fanów: Gojira, DevilDriver, Pantera, Lamb of God

Fotografie:
Oskar Szramka
Łukasz Jaszak

01. Impulse
02. Deathvaluation
03. Kill the Cult
04. One Eyed Nation
05. Anger Line
06. Earth Scar
07. Never
08. Amen

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Wyro(c)k

83%
83%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    8.5
  • Instrumentarium
    8.5
  • Brzmienie
    8
  • Repeat mode
    8
  • Oceny czytelników (10 głosów)
    7.1
Udostępnij to

O autorze

jamic

Wielbiciel muzycznych kontrastów - moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.