Behemoth: Recenzja albumu „I Loved You At Your Darkest” [Ankieta]

0

Behemoth wielkim zespołem jest. I czy jego przesadne prowokacje i filtry z mainstreamem nam się podobają czy nie, nie możemy odmówić Nergalowi stworzenia nie tylko świetnej metalowej kapeli, ale też biznesu z przemyślaną w każdym calu strategią marketingową. 5 października w sklepach pojawiła się 11. płyta Behemotha „I Loved You At Your Darkest”. Czekaliśmy na nią niecierpliwie zastanawiając się, co wykombinuje Nergal po 4 latach od „The Satanist” i oto co myślimy:

Hubert Pomykała:

Podchodziłem do nowego albumu Behemotha z dozą rezerwy. Po pierwsze, „The Satanist” mnie nie kupił. Uważam ten konkretny album za nierówny i przyjęty zbyt ciepło, zarówno przez krytyków, jak i fanów. Cenię sobie ostatnie dokonanie Nergala, Inferno, Oriona i Setha z gatunku wulgarnych, ciętych riffów i niebotycznej prędkości blastów, które stanowiły budulec „Evangelion”. Swoją recenzję rozpoczynam więc z pozycji „byłego oddanego fana, który wybrał inną drogę, ale nigdy nie zapomniał”. Po premierze „The Satanist” widziałem Behemoth na żywo kilka razy i za każdym razem występ robił na mnie wrażenie; nigdy więc Pomorzan nie skreśliłem.

Najpierw znienacka zaatakował „God = Dog”, razem ze swoim niesfornym jak Azor tytułem. Po kilku odsłuchach w mojej głowie pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi. Wysokie czapki zestawione z wyginaniem twarzy i kobiecymi piersiami? To już było, po raz wtóry zresztą. Oba motywy pojawiły się bowiem wspólnie poprzednio w obrazie do chociażby „Alas, The Lord is Upon Me”, zaś kościelne nakrycia głowy pamiętać możemy jeszcze z okresu promocji „Slaves Shall Serve”. Kontrowersyjny – przez wielu uważany za kontrowersyjny na siłę – „God = Dog” powoduje, że zaczynam się zastanawiać, co o tym wszystkim sądzić. Latający nad obojczykiem diabełek mówi mi, że „Adam traci kontakt z rzeczywistością”, zaś unoszący się nad barkami jegomość numer dwa – notabene też diabełek – przypomina mi o legendarnym „People = Shit” Slipknota. Numerze absolutnie ponadczasowym, bezlitosnym jak ciosy Millera w walce z Adamkiem. Z tytułem trudnym do zaakceptowania, szczególnie biorąc pod uwagę mroczny kontekst „Iowy”. Drugi album amerykanów to ich opus magnum, z każdym utworem wyróżniającym się spośród pozostałych; „People = Shit” leży jednak w szufladzie z napisem „nowa jakość”, nie zaś na półce podpisanej jako „już nagrane”. Miałem wrażenie, że pierwszy singiel z „I Loved You at Your Darkest” to bezpieczny odrzut z „The Satanist”; taki z niewygodną łatką the best of. Zespół, który za cel stawia sobie przełamywanie stereotypów i stałe zaskakiwanie swoich fanów powtarza schematy? Kilka mocnych riffów sprzed lat, skorelowanych z czystszymi partiami i wyeksponowaną partią basu – sześć lat temu podobny zabieg robił na mnie wrażenie. Wprawny słuchacz nie da się jednak podejść w taki sam sposób drugi raz.

„Wolves ov Siberia”, grane od dłuższego czasu na koncertach, przywróciło mi wiarę w oczekiwanie na nową muzykę od najbardziej znanego zespołu okołometalowego z Polski. Gdy w sieci zadebiutował „Bartzabel”, przez kilka kolejnych dni refren „come unto me Bartzabel – śpiewany zwyczajnym głosem, nie tym wydartym ze stalowego gardła Adama Darskiego – nie opuszczał mnie ani przez chwilę. Obawiałem się opisywanych w mediach bogatych orkiestracji, a także zarzutów dotyczących monotematyczności tekstów utworów. Z punktu widzenia recenzującego, Behemoth zawsze dotykał w tekstach podobnych tematów. Po każdym kolejnym przesłuchaniu „ILYAYD” dojrzewał razem ze mną. Nergal – po raz kolejny – przygotował najlepszą możliwą wizytówkę kierowanego przez siebie zespołu.

Recenzje „I Loved You at Your Darkest” obfitują w jednozdaniową opinię dotyczącą – parafrazuję – naturalnej ewolucji zespołu i kontynuacji drogi obranej na „The Satanist”. Z perspektywy dziennikarskiej jest to trafnie postawiona hipoteza. Zadaniem recenzenta jest taką hipotezę wesprzeć bądź obalić.

Można uznać (lub założyć), że kariera Behemoth od ponad dekady stanowi sinusoidę. Przełomowy „Demigod” miał swojego następcę w postaci przekombinowanego „The Apostasy”, „Evangelion” zaś stanowi wyciągniecie wniosków ze swojego poprzednika „The Satanist” to album ściśle związany z okolicznościami choroby Nergala. Korzystając z przenośni można stwierdzić, że zespół z Trójmiasta siedząc na tronie („Evangelion”), wyciągnął rękę po drugie królestwo (to bardziej black metalowe, o które walczył „The Satanist”). Gdzieś musiało mi umknąć kilka lat panowania, gdyż „I Loved You at Your Darkest” to już dzieło pełnokrwistego Władcy. Króla odpowiedzialnego, dojrzałego i roztropnego. Taki album mógł zostać dostarczony wyłącznie przez muzyków, którzy oprócz poznawania wykonywanego przez siebie fachu, stale poznają również siebie samych. I tak „Angelvs XIII” zawiera w sobie ciemne gitary akustyczne i przejścia na perkusyjnych tomach, które kojarzą się z grą Neila Pearta, nie zaś człowieka, który swego czasu nagrał „Slaying the Prophets ov Isa”. „Sabbath Mater” z kolei dysponuje w swoim arsenale niezwykle potężnym refrenem, bodaj drugim najważniejszym na całej płycie, zaraz po tym z „Bartzabel”. Pierwsza połowa „Havohej Pantocrator” mogłaby znaleźć się śmiało na jednym z albumów post-metalowców z Isis bądź zaprzyjaźnionego z Behemothem Blindead. W tym miejscu kończę wyliczankę, zapewniając, że praktycznie każda spośród czterdziestu siedmiu minut muzyki zapada w pamięć i nie prowokuje chęci przewinięcia płyty o ten jeden kawałek dalej.

Wielokrotny odsłuch całości przywodzi na myśl następujące wnioski. „I Loved You at Your Darkest” to najlepszy album zespołu Behemoth. Jest to najbardziej luźne, nieprzemyślane i momentami wręcz punkrockowe w swoim etosie granie, wcielone do zespołu, który nadal przede wszystkim reprezentuje sztandar z napisem blackened death metal. Rzecz eklektyczna i przyswajalna w całości nawet dla tych, którzy cenią sobie zarówno udaną, klimatyczną melodię jak i muzyczne spuszczanie psów z ich smyczy. Iggy Pop, nagrywając „Post Pop Depression, pokazał, że jego nowe dokonania nadal potrafią wzbić się na niezwykle wysoki poziom. „I Loved You at Your Darkest” jest dla Nergala tym, czym była współpraca z Joshem Homme’m dla kariery legendarnego wokalisty. Nota w tej recenzji odzwierciedla moją własną hipotezę, zakładającą, że „The Satanist” to album gorszy od „ILYAYD”, za to doceniony przez recenzentów wyższymi notami. „I Loved You at Your Darkest” prawdopodobnie nie jest to najlepszą ekstremalną płytą 2018 roku, ale zdecydowanie można ją nazwać najlepszą ekstremalną płytą, jaką Behemoth był w stanie wypuścić pod koniec drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku.

Ocena: 9/10

Jakub Czpioła:

Behemoth jest nietypowym przykładem kapeli, która budzi kontrowersje zarówno wśród zadeklarowanych przeciwników (osoby, którym na przestrzeni lat Nergal wkładał przysłowiowy kij w mrowisko), ale też osób, które na pierwszy rzut oka powinny być ich sprzymierzeńcami – zwolennikami ekstremy i muzyki radykalnej, pod której szyldem Nergal tak konsekwentnie i systematycznie się podpisuje  (czy słusznie, to już temat na inną rozmowę). Zapowiedź płyty wywołała więc na długo przed premierą żywą i pełną emocji – zazwyczaj internetową – dyskusję , którą sam frontman w dużej mierze nakręcał, sprawiając, że premiera „I Loved You At Your Darkest” była jedną z najbardziej oczekiwanych w kraju. Było na co czekać? To już kwestia personalnych oczekiwań. Ja – choć byłem bardzo sceptycznie nastawiony, zwłaszcza po opublikowaniu pierwszego singla – zostałem finalnie kupiony!

11. album pomorskiej kapeli z całą pewnością można nazwać odmieńcem. Choć muzycznie oczywiście kontynuuje ścieżkę wytyczoną przed czterema laty na „The Satanist”, nowe pomysły które wówczas dopiero raczkowały, zostały znacząco rozwinięte i dominują. Tego dotyczy wspomniana wcześniej odmienność, bowiem pomimo pozornie zbliżonej formuły, tym razem nacisk położono na zupełnie inne aspekty, tak jakby zespół odpuścił pościg za czołówką i desperacką próbę przeskoczenia wysoko postawionej przez siebie poprzeczki, a obszedł ją z drugiej strony. Zmniejszono więc obroty, do muzyki wpuszczono mnóstwo luzu, a całość wzbogacono intrygującymi, choć momentami banalnie brzmiącymi melodiami (daleko mi jednak do teorii jakoby był to „Me And That Man na sterydach”, jak wielu głosi).

Wpływa to pozytywnie na odbiór materiału – jego autentyczność, różnorodność, przyswajalność, repeat mode, ale paradoksalnie prowadzi też do tego, iż rdzeń death/black metalowy, na którym muzyka Behemoth od zawsze się opiera momentami brzmi nienaturalnie. Trudno krytykować zespół za to, że gra w swoim stylu (bo na krążku roi się oczywiście od ich znaków firmowych) – podczas odsłuchów jednak nieustannie towarzyszyło mi uczucie, niedosytu, wrażenie, iż te kompozycje miały na tyle potencjału, by pociągnąć je jeszcze bardziej w nieznane, przekraczając tym samym w większym stopniu ustanowione bariery.

Niemniej wciąż jednak mamy do czynienia z albumem co najmniej dobrym, gdzie trudno jednogłośnie wskazać poważne wady. W pierwszej kolejności słuchacze zazwyczaj przytaczają karykaturalnie brzmiące orkiestracje, dziecięce chórki, banalne teksty i szeroko pojętą pompatyczność. Owszem, te elementy pojawiają się, czasem nawet w nadmiarze. Ich obecność wynika jednak ze ściśle określonej konwencji pełnej zamierzonego kiczu) i warto sobie zadać pytanie, czy bez nich moglibyśmy w ogóle mówić o albumie Behemoth? Jako wadę nie sposób nie wspomnieć o brzmieniu – oczywiście wpasowuje się one we współczesne standardy, jest selektywne, przejrzyste, modne, ale przy tym bardzo zachowawcze, ugrzecznione, a nawet można powiedzieć, że plastikowe, na czym tracą chociażby fenomenalne partie perkusji Zbyszka „Inferno” Promińskiego – cichego bohatera płyty.

Bardzo spodobała mi się jedna z ostatnich wypowiedzi Nergala, w której muzyk wspomniał, iż tak naprawdę „nigdy nie stworzył niczego oryginalnego i wszystko kradnie”. To uproszczenie, ale stosunkowo bliskie prawdy. „I Loved You At Your Darkest” jest bowiem sprawną i umiejętną kompilacją tego co się ostatnimi czasy w mainstreamowym rocku/metalu działo. Dostajemy więc trochę Ghost, trochę nowszych wcieleń Satyricon, jak i Watain, nieco post-metalowego riffowania i tonę innych wpływów… ale przede wszystkim dostajemy materiał szczery i autentyczny, co w tym konkretnym przypadku nie kłóci się z jego koniunkturalnością. O ile po wydaniu „The Satanist” dość szybko odniosłem wrażenie odkrycia wszelkich smaczków (czego konsekwencją był fakt, iż rzadko do niego wracałem), o tyle „ILYAYD” w momencie premiery sprawia wrażenie albumu dojrzalszego i po prostu lepszego.

Ocena: 7,5/10

Joanna Chojnacka:

Behemoth nic już nie musi. Po osiągnięciu wszystkiego, co w muzyce ekstremalnej było do osiągnięcia, Nergal może ulegać swoim fantazjom i sięgać po inspiracje jeszcze odważniej. Nawet jeśli wśród nich ma znajdować się Ghost. I chociaż sama nie wierzę, że to piszę – to dla muzyki najlepszy prezent.

Behemoth konsekwentnie przytłacza wymuszonymi kontrowersjami, patosem i kiczem, jednak nadal poza irytującą (ale jakże spójną i przemyślaną) otoczką ma dla słuchacza kawał dobrego grania. I chociaż po usłyszeniu moich ulubionych (serio) utworów z ILYAYD – „Bartzabel” i „Sabbath Mater” przeżegnają się nawet zatwardziali sataniści, to słuchając nowego krążka Behemotha przynajmniej nikt nie będzie się nudził. Nergal kontynuuje pomysły, które narodziły mu się przy tworzeniu „The Satanist”, ale idzie krok dalej. „I Loved You at Your Darkest” to środkowy palec wymierzony w kierunku wszystkich, którzy twierdzą, że poprzednia płyta Behemotha to przekroczenie granic deathmetalowej (nie)przyzwoitości. To dowód na to, że otwarty umysł to dla artysty zarówno dar jak i przekleństwo.

Obok progresywnych (których Darski przecież nie cierpi) motywów, na nowej płycie Behemoth słyszymy punkowe brzmienie, a romansowanie Nergala z folkiem w Me And That Man wreszcie się opłaciło. Duet z Porterem jest dla mnie nie do zniesienia, jednak cieszę się, że powstał. Myślę, że w dużej mierze dzięki niemu Nergal wzbogacił Behemotha o swoje nowe umiejętności i spojrzenie na muzykę. Kompozycje Behemotha nie pierwszy raz zdają się być (za)bardzo melodyjne, jednak mam wrażenie, że zostały inaczej skomponowane niż dotąd. Nie na siarczystych riffach, a na melodii właśnie. To ona gra pierwsze skrzypce w ILYAYD i to bez żenady. I żre pięknie. Wokalnie Darski jest chyba w swojej życiowej formie. Coraz częściej kusi się na charczący wokal zamiast growlu, jednak robi to w wyważony sposób tak, że zarówno jego wrzaski, śpiewy jak i recytacje idealnie pasują to do całości.

Produkcja płyty to klasa sama w sobie. Brzmienie ILYAYD jest wręcz sterylne. Dla wielu wielbicieli gatunku, będzie to kolejny na płycie gwóźdź do trumny – dla mnie powód do dumy. W Behemocie obok debiutującej w roli przewodniczki melodii, króluje różnorodność i to nią ILYAYD mnie kupuje. Od pierwszej sekundy „Solve” aż do ostatniej w utworze „Coagvla”.

Ocena: 8,5/10

Karol Zaborowski:

Z witryn, okładek i miniaturek filmików – czyli zasadniczo zewsząd, kiedy jesteś człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku – spogląda ostatnimi czasy elegancko przystrzyżony i diabolicznie uśmiechnięty fizys Nergala. Ale gdy takie nergalowanie zaczyna się i nie ustaje, to jest to niechybny dowód świadczący o ponownym zainteresowaniu tego na dole krajowymi i światowymi listami przebojów. Bo właśnie w listy przebojów ta muzyka jest wymierzona, to jest miejsce dla niej przeznaczone.

Przez lata Behemoth gonił trendy w ekstremie, bacznie je obserwował i wyciągał wnioski. Miksowanie patentów skądinąd znanych z energią buzującą w danej konfiguracji ludzkiej i umiejętności osób na tę konfigurację ludzką się składających ostatecznie wywindowało zespół do pozycji, z której mogą razem z nielicznymi wybrańcami oglądać świat z góry. A nowy album to kolejna pocztówka stamtąd pokazująca, jak wygląda czarny metal śmierci, kiedy jesteś Nergalem.

Zwraca uwagę pietyzm, z jakim każda osoba odpowiedzialna za ten album podeszła do swojej części tej muzyki. Realizatorsko – majstersztyk, wszystko brzmi i dudni potężnie i podniośle jak głos Najwyższego na Sądzie Ostatecznym. Do tego instrumenty brzmiące nawet lepiej niż w najśmielszych snach lutników. Wreszcie kompozycje, które muzycy z klasycznego zestawu perkusji i gitar wydobywają – wyważona porcja ekstremy i melodyjności, której raczej nie po drodze ze strzałeczką w prawo na Spotify czy przyciskiem “skip”. Przede wszystkim jednak, jest inaczej niż było.

Bo to Behemoth odważniejszy i śmielszy niż na ostatnim albumie, który już był jak na ich standardy dosyć zuchwały. Szuka nowych środków na wykrzyczenie i wyszarpanie na strunach swoich bezeceństw – a teraz patenty przez nich zainkorporowane do tej muzyki podejmą pewnie inne kapele, których ambicje sięgają wielkich scen największych festiwali. Na przekór szeroko pojmowanemu undergroundowi Behemoth forsuje swoją wizję ekstremalnego grania i wtapia ją do głównego nurtu.

Paradoksalnie największym chyba problemem zbudowanego na szoku Behemotha jest to, że pomału przestaje szokować. Ziemia jest okrągła, szczepionki ratują życie a Nergal szkaluje Jezusa – pomału wszyscy się do tego przyzwyczajamy, pomorska bestia traci swój najostrzejszy pazur. O wiele chętniej posłuchałbym z ust Nergala tekstów, w których podmiot liryczny się z Bogiem wadzi, rozmawia, na przemian kusi Go i odkrywa w sobie Jego cząstkę.

Przez trzęsące się wciąż od (nie)świętego oburzenia piwnice i zakrystie “I Loved You At Your Darkest” przemknie bezwstydnie, ale też bez większej nadziei na umocnienie posiadanego już w muzyce ekstremalnej rządu dusz nabytkiem stamtąd. Ja natomiast, jako człowiek, który na co dzień woli utrzymywać swoją drużynę na nogach mięsem zwierza, którego bory są pełne, przy nowym Behemocie bawiłem się dobrze, chociaż może to być też kwestia zerowych oczekiwań człowieka, który poszukuje raczej innych doznań w ekstremie. Mimo to mogę z czystym sumieniem zapewnić, że “żyje, żartuje, bestia zdrowa”, jak pisał Kaczmarski.

Ocena 7/10

Jak oceniasz "I Loved You at Your Darkest"?

  • 9 (26%, 41 głosów)
  • 8 (24%, 38 głosów)
  • 10 (22%, 35 głosów)
  • 7 (11%, 17 głosów)
  • 5 (7%, 11 głosów)
  • 1 (6%, 9 głosów)
  • 6 (2%, 3 głosów)
  • 4 (1%, 2 głosów)
  • 2 (1%, 2 głosów)
  • 3 (0%, 0 głosów)

Oddanych głosów: 158

Loading ... Loading ...

Udostępnij to

O autorze

Joanna Chojnacka (Choinek)

Mam uszy szeroko otwarte, jednak najczęściej dudni mi w nich muzyka ekstremalna. Nie wychodzę z domu bez książki i słuchawek, a wolny czas spędzam głównie na koncertach.