1965: Recenzja albumu „High Time”

0

Świat muzyki zmienił się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Głównie za sprawą internetu, możemy poznawać muzykę praktycznie z każdego zakątka globu. Dzięki temu gusta muzyczne mogą poszerzyć się o nieznane dotychczas horyzonty, niekoniecznie czysto rockowe. Co jednak, gdy pomimo ogromnych możliwości wyboru, słuchacz ma ochotę na sprawdzone brzmienie? Odpowiedź jest dosyć prosta – wystarczy zajrzeć na rodzime podwórko i sprawdzić debiutancki album zespołu 1965.

1965 (2)

„High Time” to w zasadzie swoiste podsumowanie ostatnich 40 lat w muzyce rockowej. Mamy tutaj klasyczne, hardrockowe „grzałki”, jak ‚Too Young To Die’, ale także rasowe, bluesowe numery. Całość początkowo może wydawać się dosyć chaotyczna, jednakże po kilku przesłuchaniach można poczuć pewną spójność. Najlepszym utworem okazuje się ‚Harlem’. Brzmienie wyrwane od Aerosmith z wczesnych lat działalności jest oczywiście słyszalne od samego początku. Nie przeszkadza to jednak w dobrej zabawie i docenieniu kunsztu gitarzystów. Jeżeli jesteśmy już przy gitarach – tutaj należy się ogromna pochwała za bardzo klimatyczne i dopieszczone solówki. Nie jest to nic, czego byśmy nie słyszeli na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, jednakże można poczuć autentyczny feeling – a to jest ważna kwestia przy „popisówkach”. Wydaje się zresztą, że płyta trzyma równy poziom. Ponadczasowych utworów raczej tutaj nie znajdziemy, ale za to przez cały czas jesteśmy świadkami solidnego, rockowego grania. Za to duży plus.

Michał Rogalski, pełniący rolę wokalisty dobrze radzi sobie z mieszanką gatunkową zawartą na albumie. Szczególnie należy zwrócić uwagę na ballady, chociażby ‚Desert Song’. Tutaj odnajduje się najlepiej, o czym może świadczyć dominacja takich utworów na krążku. Poprawy wymaga jednak brzmienie. Słuchając „High Time” ma się wrażenie ogólnej „płaskości” materiału. Dla niektórych nie jest to wybitnie rażąca wada, jednakże jeżeli mówimy o debiucie, warto byłoby skupić się na bardziej mięsistym brzmieniu instrumentów – szczególnie perkusji, która wypada najsłabiej.

„High Time” nie jest albumem przełomowym. Ważne jest jednak, że jako debiut wypada bardzo smacznie i zachęca do oczekiwania na kolejne krążki. Potencjał klasycznego brzmienia został spełniony – płyta z pewnością spodoba się osobom, którzy niekoniecznie są przekonani do współczesnego brzmienia. Przed chłopakami dużo ciężkiej pracy, jestem jednak pewien iż w przyszłości owoce pracy będą zdecydowanie smaczne.

1. Too Young to Die
2. Farewell Kiss
3. Pure White Paper
4. Desert Song
5.The Sweetest Drug
6. Sleep
7. Harlem
8. Summer
9. Too Old to Give
10. Speak to Me
11. Head up in the Clouds
12. Beside Me
13. What Do You Say

Wyro(c)k

68%
68%
Highway to Hell

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    7
  • Instrumentarium
    7
  • Wokal
    7
  • Brzmienie
    6
  • Repeat mode
    7
  • Oceny czytelników (3 głosów)
    6.5
Udostępnij to

O autorze

Mofo

Music 4 life. Zwolennik odsłuchiwania całych albumów. Pasjonat odkrywania nowych rejonów muzycznych. Maniak koncertowy - miesiąc bez koncertu jest miesiącem straconym.