Powrót dinozaurów, czyli projekty poboczne członków Mastodona

0

Jest rok 1999. Na koncercie rozpoczynającego swoją karierę (jednak mającego zaplecze w postaci Matta Pike, członka Sleep) High on Fire spotyka się czterech muzyków – Troy Sanders, Brent Hinds, Bill Kelliher oraz Brann Dailor. Panowie szybko łączą kropki, orientują się, że w swoim czteroosobowym towarzystwie mają dwóch gitarzystów, basistę oraz perkusistę – w sam raz na start. Do tego pierwsze słowa w tym składzie zamienili na koncercie High on Fire i to właśnie z powodu muzycznych fascynacji pierwsze dwa albumy założonego później przez wspomnianą ekipę Mastodona będą charakteryzowały się sludge’owym feelingiem. Czyż można sobie wyobrazić lepszy początek sludge’owego zespołu niż piwo po koncercie High on Fire?

Zapewne nie można. Na wspomnianym browarku najprawdopodobniej jednak padły pytania o muzyczną przeszłość każdego z czterech muzyków. Okazało się, że przyszli członkowie Mastodona tworzyli nie jeden projekt w mniejszych grupach pod koniec lat 90. Tak oto Troy Sanders udzielał się wraz z Brentem Hindsem w mocno noise rockowym (bardzo wyraźne inspiracje The Jesus Lizard) Four Hour Fogger, oraz jako basista w grindcore’owym Social Infestation. Wspomniany Brent Hinds poza współpracą z Sandersem ma na swoim koncie również awangardowe, wpadające z country Fiend Without a Face (z Brannem Dailorem na perkusji), The Last of the Blue Eyed Devils oraz West End Motel, a także zmierzające pod kątem muzycznym w kierunku późniejszego Mastodona The Blood Vessels.

Już wtedy Brent Hinds jawił się jako postać ekscentryczna – charakterystyczna fryzura, występy w rajstopach na głowie (Fiend Without a Face), niezdrowa wręcz fascynacja muzyką country czy też pierwsze, nie do końca udolne próby objęcia posady zespołowego wokalisty, tak różniące się od tego, co później pokazał w Mastodonie. Jak się później okazało, według relacji Billa Kellihera, początki Hindsa z zespołem nie były idealne i nie wysunął się on od razu na pozycję lidera grupy tak, jak miało to miejsce w późniejszych latach. Kelliher w jednym z wywiadów zaznaczył, że

Brent Hinds przyszedł na pierwszą próbę tak nawalony, że nie był w stanie grać. Po prostu grał jeden dźwięk podkręcony bardzo głośno. Wraz z Brannem pomyśleliśmy: „Jebać tego gościa”. Następnego dnia jednak Hinds wrócił. Wziął jedną z moich gitar i zaczął grać sporo fajnych riffów. Pomyślałem: „Gdzie ten gość był wczoraj?”.

O ile Troy Sanders z Brentem Hindsem chadzali swoimi ścieżkami oraz nagrali razem kilka utworów, tak Bill Kelliher wraz z Brannem Dailorem byli zgranym duetem od dobrych kilku lat. Jako dwudziestokilkulatkowie dawali upust swojej wyobraźni w napakowanym mathcore’owymi pomysłami Lethargy. Banan sam wskakuje na twarz, kiedy usłyszeć można tak młodych muzyków kipiących energią, nie mających jeszcze dojrzałych umiejętności kompozycyjnych, próbujących stworzyć coś, co zaistnieje na lokalnej scenie undergroundowej. Wspomniany duet doczekał się jednak wyjątkowego zaproszenia, od nie byle kogo – na początku roku 1999, dwa lata po nagraniu przełomowego Temple of the Morning Star, Steve Austin z Today is the Day zaczął poszukiwać świeżego składu do nagrania nowego, ekstremalnego, wpadającego w grindcore albumu, In The Eyes of God. Niesamowite perkusyjne umiejętności Dailora nadawały się do tego idealnie – Bill Kelliher natomiast objął stanowisko basisty. Trio stworzyło krążek ociekający złem, negacją zastanego porządku świata, nienawiścią. Średnia długość utworów nie przekraczająca dwóch minut nie pozwalała nawet na chwilę oddechu.

Mastodon powstał więc w dość dziwnych okolicznościach. Sludge, noise, awangarda, mathcore, death metal, grindcore czy wreszcie… country. Wszystkie wymienione powyżej gatunki w czterech osobach spotkały się na koncercie raczkującego w tamtym czasie High on Fire i postanowiły połączyć siły tworząc jeden z najbardziej znaczących zespołów metalowych ostatniej dekady – ze sludgem na czele.

Nie o samym Mastodonie jednak zamierzam tu pisać – o tej grupie powiedziano już aż nadto, wszystkie albumy zostały osłuchane na wiele sposobów, a najnowszy z nich radzi sobie na rynku nad wyraz dobrze cementując pozycję zespołu na scenie współczesnego metalu, już nie tylko tego brudnego, mathcore’owego i sludge’owego. Przeszliśmy przez młodzieńcze początki zespołu – teraz sprawdźmy, jakie projekty powstały z inicjatywy członków Mastodona kiedy ich macierzysty zespół był już uznaną grupą na scenie metalowej.

Pierwszy przed mastodonowe szeregi wychylił się Bill Kelliher zakładając crust punkowy zespół Primate z wokalistą Brutal Truth Kevinem Sharpem na czele. Projekt, mimo znanych nazwisk nie osiągnął zbytniej popularności i do tego powinniśmy się przyzwyczaić w kontekście projektów muzyków Mastodona – są to bardziej jednorazowe ciekawostki niż zespoły utrzymywane latami, mające na koncie wiele płyt, odpowiednio promowane. Ot, odskocznia od grania na największych festiwalach świata, przeniesienie się z powrotem do mniejszych klubów, spróbowanie czegoś nowego w starym stylu.

Kolejnym odważnym okazał się być Troy Sanders i to właśnie basista Mastodona postanowił przywalić z grubej rury tworząc Killer Be Killed wraz z Maxem Cavalerą (ex-Sepultura, Soulfly, Cavalera Conspiracy), Gregiem Puciato (The Dillinger Escape Plan, The Black Queen, Spylacopa) oraz Davidem Elitch (ex-The Mars Volta). Przed muzykami tak znanych zespołów stanęło zadanie stworzenia supergrupy, która będzie miała realne szanse konkurowania z młodymi zespołami próbującymi swoich sił na scenie metalowej. Obawy były tym większe, że wszyscy wiedzieliśmy w jakiej kondycji był Max Cavalera, a obecność muzyków z tak różnych muzycznych światów powodowała strach o wypadkową tych czterech sił, które postanowiły nagrać razem album. O sukcesie bądź porażce tego eksperymentu możecie dowiedzieć się z naszej recenzji. Co ciekawe, w kilku wywiadach Max Cavalera wyrażał zdecydowaną chęć kontynuowania przygody z Killer Be Killed twierdząc, że zespół jest w stanie nagrać lepszy album niż bardzo dobrze przyjęty debiut. Wciąż jednak czekamy na końcowy efekt obietnic.

Pozostając przy Sandersie – na początku tego roku ukazał się pierwszy LP zespołu Gone is Gone – formacji, którą basista Mastodona założył wraz z Troy’em Van Leeuwen (Queens of the Stone Age) oraz Tonym Hajjar (At the Drive-In). Zespół noszący znamiona supergrupy postanowił wycelować z niepopularne połączenie surowej, industrialnej progresywności ze stonerem. Wyszło nad wyraz smakowicie, jednak nie jest to muzyka, która znajdzie grono odbiorców tak szerokie, jak przebojowe Killer Be Killed czy Giraffe Tongue Orchestra, o którym więcej w kolejnym akapicie.

Właśnie, Giraffe Tongue Orchestra – czyli poboczny projekt Brenta Hindsa. Na zespół oprócz gitarzysty Mastodona składa się Benjamin Weinman (The Dillinger Escape Plan), Pete Griffin (Zappa Plays Zappa), Thomas Pridgen (ex-The Mars Volta) oraz William DuVall (Alice in Chains). W przeciwieństwie do charakteryzującego się trzema wokalami (Sanders, Cavalera, Puciato) Killer Be Killed, tutaj pierwsze skrzypce gra wokalista Alice in Chains, co zapewnia muzyce znajome i rozpoznawalne brzmienie. Materiał prezentowany przez zespół stanowi połączenie skomplikowanych riffów Hindsa i Weinmana z ich naturalnym talentem do tworzenia energicznych, rockowych hitów. Przez ponowną słabość do Mars Volty sekcja rytmiczna to najwyższa półka – ciężko sobie wymarzyć lepszego perkusistę na tym stanowisku.

Skoro już jesteśmy przy perkusistach – został nam Brann Dailor. Stosunkowo niedawno, bo w czerwcu tego roku, światło dzienne ujrzał debiutowy album projektu Arcadea. Dailor śpiewa oraz pokazuje po raz kolejny swoje umiejętności gry na perkusji, tym razem jednak w akompaniamencie syntezatorów i klawiszy, co czyni jego projekt poboczny najmniej zakorzenionym w macierzystym gatunku. Podobnie jak albumy wydawane z udziałem innych członków Mastodona, debiut Arcadea spotkał się z ciepłym odbiorem, jednak nie stanowił przełomu – bliżej mu do odskoczni i chęci spróbowania czegoś nowego, zaczerpnięcia nowych inspiracji.

Gdy posłuchamy materiału nagranego przez grupy, do których należeli członkowie Mastodona przed założeniem zespołu, a także przyjrzymy się historiom towarzyszącym ich powstaniu nietrudno odnieść wrażenie, że to dopiero Mastodon uczynił z czwórki młodych muzyków prawdziwych profesjonalistów gotowych tworzyć świetne albumy, a potem bez trudu odgrywać je na największych scenach świata. Gdy równocześnie zwrócimy uwagę na projekty poboczne założone kilka lat temu przez Brenta Hindsa, Branna Dailora, Troy’a Sandersa oraz Billa Kellihera dostrzeżemy jak bardzo zmieniło ich granie w Mastodonie. Muzycy poszukujący niegdyś swojej tożsamości, odnajdujący ją na koncercie High on Fire, są w tym momencie gotowi tworzyć świetne albumy niezależnie od tego, z kim przyjdzie im pracować – może być to wokalista Alice in Chains, Brutal Truth, perkusista The Mars Volta, gitarzysta The Dillinger Escape Plan czy Queens of the Stone Age. Po staniu się legendą progresywnego metalu przestaje mieć znaczenie z kim pracujemy, a zaczyna liczyć się efekt końcowy. Ten akurat, za każdym razem, jest co najmniej dobry. Panowie, liczymy na więcej!

Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.