Czarne krążki czy krążki cebulowe, czyli sprawa winyli w Biedronce

3

Spełnił się najczarniejszy sen audiofila – winyle, czyli świętość zarezerwowana tylko dla samozwańczych muzycznych znawców leżą na półkach między skarpetami a książką kucharską Karola Okrasy i Doroty Wellman. Teraz każdy Janusz kupujący kiełbasę na grilla i Harnasia może wziąć ze sobą także płytę Nirvany czy Red Hot Chili Peppers. Oczywiście o ile wytrzyma ten młodzieżowy jazgot. Przeglądając fora winylowców przeklinających Biedronkę, a z drugiej strony hurtowo wykupujących płyty, których w innej sytuacji nigdy by nie posłuchali (bo tanio!), pokusie uległem i ja. Zgodnie z polskim zwyczajem, czyli kierując się zasadą „najbardziej lubimy piosenki, które już znamy” kupiłem „Mother’s Milk” Red Hot Chili Peppers, którą posiadam na CD od jakichś 15 lat. Ale w końcu, jak mówią znawcy, winyl to winyl – niebo a ziemia w porównaniu do kompaktu. Czy naprawdę ta gorączka jest uzasadniona? Poniżej kilka obserwacji, które poczyniłem w ostatnich paru miesiącach:

Winyl to snobizm

Zanim zjecie mnie żywcem, sprostuję, że to duże uproszczenie. Są ludzie kupujący czarne krążki, bo są przyzwyczajeni do słuchania muzyki na tych nośnikach lub po prostu uważają, że brzmią one najlepiej. Duża grupa to jednak osoby, które uległy modzie stosunkowo niedawno i jest to dla nich coś w rodzaju nobilitacji – słucham muzyki z winyla! Zapłacenie za nowe płyty horrendalnych 100-150 zł ich nie odstrasza, a nawet sprawia, że czują się jeszcze bardziej wyróżnieni. „Co ty wiesz o muzyce, mp3, streaming i CD to gówno, nie znasz się, dopóki nie przejdziesz na winyle” – to standardowy tekst. Uprzednio oczywiście należy uzbroić się w gramofon za parę tysięcy plus odpowiednią wkładkę poleconą na forum, gdzie jeden audiofil prześciga się z drugim w swych wywodach. Od siebie powiem tyle: zaczynałem słuchać muzyki w erze kaset, później powszechne stały się CD, następnie nadeszła era mp3 i streamingu. Poznawałem i zasłuchiwałem się w doskonałych płytach na każdym z tych nośników. Muzyka przede wszystkim ma nieść emocje i jeżeli jest dobra i do Ciebie trafia, to słuchaj je na wszystkim… no może oprócz głośników od laptopa. I tutaj przechodzimy do kolejnego ważnego zagadnienia.

Brzmienie

Czy naprawdę jest aż tak duża różnica pomiędzy mp3, CD, a winylem? Według niektórych badań zupełnie nie – CD i mp3, czyli muzyka w formie cyfrowej, obcina tylko informacje i częstotliwości, których ludzkie ucho i tak nie wychwytuje. Inni uważają, że jakaś niesprecyzowana magia i cała ceremonia odtwarzania czarnego krążka pozwala odczuwać muzykę głębiej. Winylowy maniak natomiast zje Cię żywcem za te herezje i w środku nocy będzie potrafił (przynajmniej według siebie) odróżnić brzmienie cyfrowe od analogowego. Ja od siebie po 20 latach słuchania muzyki stwierdzam, że różnice pomiędzy dobrej jakości mp3, kompaktem, a winylem są praktycznie niezauważalne. Przynajmniej w domowych warunkach. Przynajmniej na sprzęcie za kilka, a nie kilkaset tysięcy złotych, który posiada jedynie niewielki odsetek słuchaczy.

Porównywałem parę albumów, które posiadam na CD i winylu, nagranych w bardzo różnych warunkach, miejscach i okresach czasu – m.in. Maanam „O!” oraz „Mental Cut”, Perfect „Live April ‘87”, japońskie wydanie „Bark at the Moon” Ozzy’ego czy wspomniane już „Mother’s Milk” Red Hotów. Konfrontowałem je głównie z nowszymi, remasterowanymi wydaniami CD. Przełączając bezpośrednio źródło dźwięku z odtwarzacza CD na gramofon, stwierdziłem, że CD gra głośniej, co w dzisiejszych czasach „loudness wars” nie jest niczym zaskakującym, natomiast w winylu głębszy i wyraźniejszy jest przede wszystkim bas. Był to jednak test, nazwijmy to „face to face”. Słuchając albumów jeden po drugim te różnice zacierały się i już parę minut po przyzwyczajeniu ucha ciężko było stwierdzić czym tak naprawdę brzmienie na jednym nośniku różniło się od drugiego.

W przypadku poszukiwania idealnego brzmienia współczuję więc winylowcom – najcenniejsze są przede wszystkim pierwsze wydania albumów nagrane jeszcze analogowo (w przypadku starych wykonawców), których ceny są niekiedy powalające. Szczerze, po moim teście wolę po prostu kupić kompakt za 30-50 zł i mieć spokój, niż płacić kilkaset złotych za pierwsze wydanie, choć rozumiem, że jest to też pewna forma hobby. Nie rozumiem natomiast kupowania na winylach nowo wydawanych płyt, które w większości i tak nagrywane są cyfrowo, a następnie tłoczone tylko dlatego, bo wróciła moda na czarne krążki i na jednej sprzedanej sztuce można zarobić kilkukrotnie więcej niż na CD.

Wygoda

To kolejny ważny aspekt, który warto poruszyć. Po kilkunastu latach przyzwyczajenia do CD, które mieści do 80 minut muzyki może być ciężko przestawić się na całą ceremonię odtwarzania winyla. Pomijając już całą początkową zabawę z odpowiednim ustawieniem gramofonu, ramienia i igły, nie każdemu spodoba się wstawanie z kanapy co 20 minut, by przerzucić płytę na drugą stronę. Do tego dochodzi utrzymywanie nośnika w dobrym stanie – mycie, koperty antystatyczne itd. Znam paru napaleńców, których niestety wymiękło w zderzeniu z rzeczywistością i wrócili do CD lub (nie daj Boże!) streamingu. W ostatnim czasie stało się modne wieszanie psów na kompaktach, jednak powiedzmy sobie szczerze – najbardziej niewygodnym wariantem słuchania muzyki jest właśnie winyl. Nieporęczny, przestarzały, nie można zabrać go do samochodu, nie będzie towarzyszyć Ci podczas podróży do pracy czy podczas biegania.

Wydanie wydaniu nierówne

Ten temat wcześniej już poruszyłem, mianowicie winyl to jedna wielka niewiadoma, jeżeli chodzi o brzmienie. Czy kupiona używka będzie grać dobrze? Czy szukać wspomnianego pierwszego wydania, najlepiej w idealnym stanie czy inwestować w remaster? W przypadku dużej płyty często liczy się też kraj wydania. To z Niemiec zagra dobrze, z Włoch gorzej, a najlepiej to znaleźć amerykańskie. W przypadku CD różnice nie są tak wielkie, jak przy wersji analogowej, bo często jest ich po prostu mniej – pierwsze wydanie na Europę i Stany, ewentualnie pierwszy lub drugi remaster. Kupując winyl łatwiej się naciąć i wtedy rzeczywiście lepiej skorzystać z doświadczenia bardziej obeznanych w temacie.

Kompletnie śmieszne są natomiast głosy, które pojawiły się podczas pierwszej fali winyli w Biedronce w stylu „czy to w ogóle są prawdziwe wydania?” Pomijając to, że to profanacja, by winyle były dostępne w pospolitym supermarkecie, to są to na pewno rzeczy wyprodukowane specjalnie dla Biedry, w związku z czym może się okazać, że Kurt Cobain śpiewa po polsku, a Markowi Knopflerowi nie stroi gitara. Przecież to niemożliwe, że longplay może kosztować 50 zł, a nie 150, więc musi być w tym jakiś haczyk… Uspokajam więc wątpiących – są to takie same wydania, które możecie znaleźć w Empikach, Saturnach czy innych Jowiszach. Głównie ostatnie remastery z serii Back to Black i słynne 180 gramowe, które są po prostu kolejnym chwytem marketingowym, bo waga płyty nie ma nic do rzeczy, jeżeli chodzi o brzmienie. W związku z tym płyty  szczególnie za pierwszym rzutem masowo zniknęły z supermarketu, bo duża grupa z niedowierzaniem musiała sprawdzić, że na krążkach znajdą tę samą muzykę, co w specjalistycznych sklepach. Tak, winyl może kosztować 50 zł i tyle POWINIEN kosztować. Ceny w granicach 80-180 zł za album są dla mnie kompletnie niezrozumiałe i podyktowane głównie modą oraz snobizmem wspomnianym już wcześniej.

Uroczyste podsumowanie

Czytając ten artykuł pewnie niejednemu z Was ze złości przypalił się wąs, a Grażka musiała zaparzać ziółka na uspokojenie. Moim celem nie było zjechanie wielbicieli winyli, a raczej sprowadzenie ich do rzeczywistości – jeżeli muzyka sprawia Ci przyjemność słuchaj jej na czym chcesz. Jeżeli muzyka jest dobra, wyzwoli w Tobie emocje słuchana zarówno w Spotify, jak i na CD czy LP. Nie, nie jesteś w niczym lepszy słuchając muzyki z winyla na sprzęcie o wartości samochodu lub domu. Nie oznacza to automatycznie, że lepiej znasz się na muzyce. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem słuchanie muzyki powinno polegać na słuchaniu MUZYKI, a nie BRZMIENIA, a wręcz do tego w niektórych grupach to się sprowadza. Jasne, ciekawe jest to, że w najnowszych remasterach Led Zeppelin słychać skrzypiącą stopę Johna Bonhama w ‘Since I’ve Been Loving You’ czy telefon dzwoniący w studio podczas ‘The Ocean’, ale co z tego? Wciąż najważniejsze jest, że to po prostu ponadczasowe kawałki, które będą inspirować kolejne pokolenia, bo dobra muzyka ma przede wszystkim nieść ładunek emocjonalny.

Zastanówmy się, w jaki sposób muzyki słuchali nasi muzyczni idole? Nie sądzę, że nastoletni Angus Young, Ozzy Osbourne czy Slash często poznawali muzykę w warunkach studyjnych. Nie mówiąc już o nagraniach Roberta Johnsona czy Williego Dixona inspirujących rzesze późniejszych gwiazd rocka. Usiądźmy więc z naszą ulubioną płytą, obojętnie czy z serwisu streamingowego, Biedronki, czy butikowego sklepu dla audiofili i po prostu cieszmy się dźwiękami. W końcu muzyka została stworzona po to, żeby łączyć, a nie tworzyć podziały. Ważne jest to, co z niej wyniesiesz, a nie jakiego kabla głośnikowego akurat używasz…

Tymczasem wciąż oczekuję na apokalipsę w postaci rzucenia w Biedronce winyla „Dark Side of the Moon” 😉

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał „Nevermind” Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości – muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać… dobrą rockową nowinę!

  • Didymos

    Zajebiście napisane, nie sposób się nie zgodzić. Kupowanie słuchawek za 500zł, podobnie jak winyli jako „lepszych” jest dla mnie absurdem i nie o to w tym wszystkim chodzi. Brawo Biedronka! 😀

  • „płytę Nirvany czy Red Hot Chili Peppers. Oczywiście o ile wytrzyma ten młodzieżowy jazgot.”

    Przestałem czytać.

  • 90125

    1) O tym, że jakość odtwarzania ma wpływ na odbiór muzyki, przekonałem się nausznie, gdy włączono mi to samo nagranie z CD przez 2 różne DAC-i. Było to „Cat Food” King Crimson z ich płyty „In The Wake of Poseidon”. Przy odtwarzaniu przez „fabryczny” DAC odtwarzacza partia fortepianu brzmiała kakofonicznie. Natomiast przez zewnętrzny DAC lepszej jakości dźwięki przestały się ze sobą mieszać i nagle gra pianisty okazała się w pełni przemyślana. Powiem tak: po raz pierwszy „zakochałem się” w tym, wydawało mi się, dobrze znanym, ale dotychczas lekceważonym przeze mnie nagraniu. Ciekaw jestem, jak zabrzmiałoby z winyla… 2) Błędem jest wymienianie CD i mp3 „jednym tchem”. Owszem, mp3 w maksymalnej rozdzielczości 320 brzmi bardzo podobnie do CD, ale na średniej jakości wzmacniaczu i kolumnach przez w miarę przyzwoity DAC usłyszysz różnicę, szczególnie w muzyce pełnej gwałtownych przejść i zmian. 3) Nie da się powiedzieć, czy „lepszy” jest winyl, czy CD, ale to dlatego, że każdy ma swoje plusy i minusy. CD jest lepsze pod względem tzw. parametrów statycznych: relacja sygnał/szum, zakres dynamiki, pasmo przenoszenia. Jego „minusem” jest zbyt duża kwantyzacja dźwięku. W digitalu fala dźwiękowa jest zbudowana z „cegiełek” i w standardzie Red Book te „cegiełki” są mimo wszystko „za grube”, aby osiągnąć efekt pełnego realizmu – fala dźwiękowa jest minimalnie niedokładnie oddana, podobnie, jak obraz cyfrowy przy zbyt małej rozdzielczości wydaje się trochę nieostry. Winyl żadnej kwantyzacji dźwięku nie wprowadza i jest to jego jedyna, lecz istotna zaleta. Dlatego też opłaca się przy masteringu winyli stosować format cyfrowy 24/96, słuchowo dużo bardziej podobny do sygnału analogowego niż wspomniany standard Red Book CDDA. Płyta winylowa masterowana w formacie 24/96 będzie brzmiała bardziej analogowo od płyty CD nagranej z tego samego mastera, ale zredukowanego do formatu Red Book (16/44,1). Oczywiście, ideałem byłby sygnał cyfrowy o rozdzielczości tak dużej, że dla ludzkich uszu brzmiałby jak analog. Taki sygnał (zdaniem wielu wystarczyłoby wspomniane 24/96) odtwarzany przez odpowiedniej jakości DAC łączyłby zalety płyty winylowej (całkowite zatarcie efektu kwantyzacji dźwięku, czyli owych „cegiełek”) i kompaktowej (ten sam zakres przenoszonych częstotliwości i dynamiki, ta sama niepodatność na zakłócenia). Według mnie jest to sprawa niedalekiej przyszłości.